Odpowiedzi

2010-03-18T23:15:54+01:00
Warszawa, 18 III 2010r.

Droga Martyno!

Podczas wakacji odbyłam bardzo ciekawą podróż po Ameryce . Zwiedziłam wiele ciekawych miejsc i brałam udział w niezwykłych wydarzeniach. Jednak jedno z nich najbardziej utkwiło mi w pamięci. Jest to występ cyrku w mieście Antylopa, w stanie Teksas. Z tym zdarzeniem wiąże się wiele emocji, dlatego postanowiłam Ci je opisać.
W podróż po Stanach Zjednoczonych wybrałam się z całą rodziną. Często robiliśmy przystanki w trasie, najczęściej w przypadkowych miejscach. Tym razem zatrzymaliśmy się w Antylopie. Obywatele tego miasta wydawali się być czymś bardzo poruszeni, na ulicach można było zobaczyć ludzi, którzy nerwowo rozmawiali ze sobą. Zastanawiałam się, co ich tak wzburzyło? Odpowiedź nadeszła bardzo szybko. Kiedy poszłam do najbliższego sklepu, sprzedawczyni, jakby czytając mi w myślach, zapytała:
- Jesteś turystką, prawda? Pewnie zastanawiasz się, o czym mówią tutejsi mieszkańcy?
Przytaknęłam. Miła pani opowiedziała mi mroczną historię powstania tego miasta. Dowiedziałam się, że na tym terenie niegdyś stało indiańskie miasto Chiavatta, stolica plemienia Czarnych Wężów. Na jej granicach osiedlili się koloniści Niemieccy, którzy nie widzieli powodów do przyjaźni ze swoimi sąsiadami, a wręcz można powiedzieć, że ich nienawidzili. Pewnej nocy, Niemcy napadli czerwonoskórych i bezwzględnie wszystkich wymordowali. Od śmierci uchroniły się jedynie małe oddziały wojowników, lecz oni po paru latach zostali skazani na stryczek. Na gruzach indiańskiej Chiavatty powstało nowe miasto obcokrajowców – Antylopa. Rejon ten rozwijał się prężnie; został unowocześniony, rosła ilość mieszkańców, doprowadzono kolej. Odkryto tam także kopalnię żywego srebra. Dzisiaj jest już ponad piętnaście lat odkąd doszło do bestialskich mordów, które z resztą zatarł w pamięci czas...
- Nie miałam pojęcia, że tak przerażająca jest historia miejsca, na którym stoję. Ale co ona ma wspólnego z atmosferą panującą na ulicach? – zapytałam.
- Już Ci mówię... – odpowiedziała sprzedawczyni, z tajemniczą miną.
Opowiedziała mi, że do Antylopy przyjeżdża cyrk. Budziło to dumę w mieszkańcach, gdyż utwierdzali się w przekonaniu, że ich miejsce zamieszkania jest znaczącym miastem. Ale nie sam przyjazd trupy Hon. M. Deana budzi takie poruszenie w mieszkańcach, lecz jedna z jego atrakcji. Jest to występ słynnego gimnastyka – Czerwonego Sępa, sachema Czarnych Wężów...
Podziękowałam ekspedientce za informacje i wyszłam ze sklepu. Postanowiłam pójść na przedstawienie.
Chodnikami śpieszył dość gesty tłum ludzi, podążał w tą samą stronę. Domyśliłam się celu ich wędrówki, więc dołączyłam do maszerujących. Wkrótce dotarłam do dość dużego pola, na środku którego rozbito ogromy namiot. Kupiłam bilet, poczym zajęłam miejsce na widowni. Wkrótce po tym, rozpoczęło się widowisko. Na arenę wjechała na koniu piękna i młoda tancerka, ubrana w tiulowy kostium. Zaraz za nią, wybiegły na scenę błazny, okładające się po twarzach. Żałowałam, że nie siedzę bliżej, gdyż mogłabym całe widowisko śledzić dokładniej. Ale Nr 1 dość szybko się zakończył. Przyszedł czas na Nr 2. Publiczność rozglądała się niespokojnie, wszędzie słychać było niespokojne szepty: „ Sachem! Sachem!”. Teraz nikt już nie patrzył się na bijatykę błaznów. Wszystkie twarze zwrócone były w kierunku wejścia, dzielącego arenę z jej kulisami. Masztalerze wnieśli dwa wysokie drewniane kozły, poczym postawili je po przeciwległych stronach sceny. Muzyka gwałtownie zmieniła się z marszu wojskowego na ponurą arię operową. Wtem rażące w oczy, czerwone światło reflektora pada na arenę, ukazując dyrektora trupy. Poczułam zdziwienie. Czyżby występ wodza było odwołany? Lecz tak się nie stało. Szef cyrku oznajmił donośnym, dostojnym głosem, aby nie wykonywać gwałtownych ruchów, zachowywać się cicho oraz spokojnie, a nawet nie klaskać, kiedy sachem pojawi się na scenie. Podobno, dziś zachowuje się dziczej niż zazwyczaj. Kiedy to usłyszałam, cieszyłam się, że jednak siedzę daleko od sceny i chyba nie było to tylko moje spostrzeżenie. Zastanawiałam się, czy czerwonoskóry darował Niemcom krzywdę? Czy otoczenie, w którym się wychowywał przypominało mu o burzliwych losach jego plemiona, czy też zdarzenia z przeszłości poszły mu w niepamięć? Nagle, jakiś dziki świst przeszył mnie tak, że zapomniałam o swoich myślach. Szybko zlokalizowałam źródło tego odgłosu. To był sachem. Indianin stał prosto, dumnie i wyniośle. Ubrany był w typowy strój wywodzący się z jego kultury. Ramiona okrywał mu płaszcz uszyty z białych gronostajów, oznaka wodza. Twarz miał kamienną, jakby wykutą z miedzi; przypominała ona głowę orła. Nosił także wspaniały pióropusz. Uzbrojony był w nóż do skalpowania, topór oraz drąg. Ostatni potomek Czarnych Wężów bacznie rozglądał się po zgromadzeniu bystrym, złowrogim spojrzeniem. Nagle wydał z siebie dziki ryk. Widzowie zadrżeli, na ich twarzach malowała się trwoga oraz lęk. Zauważył to dyrektor cyrku. Podszedł do sachema i powiedział mu coś, co złagodziło go. Chwilę później, wojownik szedł po drucie, zawieszonym pod sufitem; co jakiś czas łapiąc równowagę. Wtem zachwiał się i wydawałoby się, że upadnie, lecz tak się nie stało. Kiedy zbliżał się do drugiego końca metalowego druta, z jego gardła wydobyła się chrapliwa pieśń wojenna, budząc zaskoczenie we wszystkich zebranych. Zdziwiło mnie, że sachem śpiewa po niemiecku, a nie w swoim ojczystym języku. Słowa piosenki mówiły o niemiłosiernych mordach jego przodków i o nim samym, jako ten, który przyszedł ich pomścić. W cyrku nastała cisza. Zastanawiałam się, do czego zdolny jest dziki wódz indiański? Czy możliwe jest, żeby w tym momencie dokonał zemsty? Czy ja też ucierpię? Przecież jestem niewinna! Moje rozmyślania przerwał niesamowicie nieziemski ryk, należący do czerwonoskórego. Nie miałam pojęcia, co ma zamiar zrobić z drągiem, który trzymał w ręku. Poczułam, że swędzi mnie kostka, i pomimo strachu przed wydarzeniami, które mogły nastąpić, schyliłam się, by podrapać to miejsce. Gdy podniosłam głowę, zdziwiłam się bardzo, gdyż ...wódz zniknął! Zaniepokojona, gdzie jest, i co może zrobić, rozejrzałam się niespokojnie po arenie. W tym momencie Czerwony Sęp wszedł na scenę. Wyglądał na bardzo zmęczonego. Wyciągnął rękę, w której niósł miskę, do publiczności, prosząc o datki. W cyrku słychać było westchnienie ulgi. Ja także odetchnęłam. Spokojna o swój los, wrzuciłam dolara do metalowego naczynia.
To wydarzenie uznaję za najniezwyklejszą rzecz, jaka mi się przytrafiła w życiu. Tylko trochę szkoda mi ostatniego potomka Czarnych Wężów, dlatego że jest wykorzystywany przez dyrektora cyrku. A Ty, jaką przygodę przeżyłaś tego lata?
Pozdrawiam i mocno całuję,

Euzebia!