Odpowiedzi

2010-03-19T15:14:11+01:00
Tradycja ekranizacji dzieła Sienkiewicza wskazuje raczej na nieudane próby. Jak się okazuje, trudno zrównoważyć dość prostą historię miłosną z refleksją na temat schyłku całej formacji polityczno-kulturowej, rodzenia się nowej wizji świata i nowego systemu wartości. Trudno też przekonująco pokazać postaci reprezentujące chorobę władzy, ambicje twórcze graniczące z obłędem, stoickie intelektualne i estetyczne osamotnienie, elitarność przyjaźni i niezgodę na świat. Trudno autentycznie (nie popadając w pretensjonalne, przesadne uduchowienie) wyrazić podstawy nowej wizji świata. Trudno wreszcie na tym tle pokazać prawdziwą miłość i nawrócenie, przyjęcie tej nowej wizji.

Ekranizacja Jerzego Kawalerowicza niestety w wielu płaszczyznach rozczarowuje. Wrażenie pierwszych kilkunastu minut jest statyczne i sztuczne. Oglądając film miałem wrażenie, że jestem raczej w teatrze z charakterystyczną dla niego umownością i statycznością. Seria scen, dialogów przerywana króciutkimi scenami wejścia, wyjścia czy wsiadania nie ma tempa, nawet gdy rozmowa odbywa się w lektyce. Przyznaję, że z biegiem czasu film tempa nabiera, jest coraz bardziej spójny i wciąga widza, ale...

Silną stroną filmu jest natomiast aktorstwo, choć niekiedy ma się podobne poczucie pokawałkowania na kolejne sceny i kolejne popisy aktorskie. Jerzy Trela jest tu najjaśniejszą gwiazdą; przekonująco kreśli postać małego chciwego kombinatora bez zasad, który w najważniejszej chwili swego życia okazuje się wielki. Petroniusz dwakroć mówi mu "nie wytrzymasz". To ważne stwierdzenie. Chilon jest za słaby, by znieść swą nikczemność, a zatem jest kimś więcej niż nikczemnikiem. Jest słaby jak my wszyscy i jak my wszyscy ma szansę pokazania, że potrafi być wielki. Nie jest tak mały, by nie dostrzec Dobra, które go zawstydza i ostatecznie odmienia. To postać rodem z Dostojewskiego.

Osią intelektualną powieści Sienkiewicza jest relacja pomiędzy Neronem a Petroniuszem. Od konstrukcji i interpretacji tych postaci zależy zawartość myślowa działa. Michał Bajor to Neron wierny wizji Sienkiewicza, wizji XIX-wiecznej. Niebezpieczny, bo obdarzony władzą, szaleniec, megaloman, morderca, choć nie podpalacz. Zobrazowany w estetyce kiczu. Mam wrażenie, że Michał Bajor miał jednak chęć na trochę innego, mniej jednoznacznego Nerona niż noblista. W Neronie Bajora jest coś bardziej tragicznego, co każe widzieć tę postać jako nieco bardziej złożoną.

Petroniusz budzi we mnie różne uczucia. Z jednej strony konstrukcja roli zbliża Bogusława Lindę do postaci, które aktor kreował dotąd. Rodzaj sceptycyzmu, cynizmu, osamotnienia... Mam jednak wrażenie, jakby filmowy Petroniusz był przede wszystkim poplecznikiem Winicjusza, który wszystko, co robił, a przede wszystkim czym ryzykował, robił i ryzykował dla niego. Natomiast dialogi Petroniusza z Neronem są oczywiście popisowe, ale widz nie bardzo wie, czy są tylko prześmiewczą grą z cezarem, czy wynikają z jakiegoś światopoglądu. Twórczość Nerona nie była bynajmniej grafomanią zdegenerowanego tyrana. Gdyby reżyser pokusił się o korektę postaci Nerona, która dziś jest potwierdzona przez badaczy, zyskałaby również postać Petroniusza, który przestałby dyskutować li tylko z despotą i szaleńcem. Petroniusz jest przecież reprezentantem odchodzącej filozofii, intelektualnego i estetycznego modelu życia, który zawsze jest w mniejszości. Trudno mi przypuszczać, że człowiek, który śmiercią potwierdził ostateczne przekonanie o klęsce swego świata, w relacji z Neronem kierował się tylko oportunizmem. Obaj są dla siebie ważnymi odniesieniami. Tragizm polega na wmieszaniu się konieczności dziejowej i nierówności pozycji obu bohaterów.

Z punktu widzenia współczesnego widza wydobycie wieloznaczności Nerona i Petroniusza byłoby znacznie bardziej inspirujące. Zarówno Neron, o czym każdy wie, jak i Petroniusz to przecież postaci prawdziwe. Wolałbym osobiście, by wiedza na ich temat nieco odmieniła na ekranie Sienkiewiczowski oryginał, z całym szacunkiem dla pisarza i jego dzieła. W filmie Petroniusz nie zajmuje się właściwie niczym prócz udzielania rad Winicjuszowi, których ten ostatni zresztą nawet nie stara się pojąć. Widz może odnieść wrażenie jakby samobójcza śmierć Petroniusza była wynikiem poświęcenia dla Winicjusza lub co najwyżej gier pałacowych. To prostackie, Petroniusz na pewno przyjąłby taki pomysł z niesmakiem.

Nie kieruję tych uwag do Bogusława Lindy, myślę jedynie, że mógłby zagrać kogoś więcej, gdyby nie tracił czasu na tłumaczenie oczywistości Winicjuszowi. Tego ostatniego nie potrafię nawet zdefiniować. Nie widziałem w nim ani miłości do Ligii, ani nawet autentycznego pożądania, mimo rożnych wykrzykiwanych deklaracji. Wreszcie nie przekonuje mnie jego przemiana duchowa. Nie widzę w nim chrześcijanina. Rozumiem, że człowiek zakochany bywa podobny do człowieka pozbawionego rozumu, ale Winicjusz Sienkiewicza chociaż zakochany, nie jest jednak pięknym kretynem.

Z przykrością muszę powiedzieć, że nie przekonał mnie Franciszek Pieczka jako Święty Piotr, choć także w powieści nie jest to postać pozbawiona sztucznego patosu.

Film Kawalerowicza nie ulega amerykańskim modom, za które zawsze się płaci uproszczeniami i wtłoczeniem w komercyjne schematy. "Nieamerykańskość" mogłaby być najważniejszą jego zaletą, ale pod warunkiem, że w konsekwencji odrzucenia tego, co amerykańskie, reżyser skupiłby się na wielkich pytaniach, które przecież stawia Sienkiewicz, inspirowany także zmierzchem cywilizacji Zachodu, atmosferą dekadencji i degeneracji wypalającej się formacji kulturowej końca XIX wieku, ówczesnymi porównaniami właśnie do upadku Cesarstwa Rzymskiego. Niepotrzebne byłyby wtedy atrybuty kina akcji, krew na arenie, walki, dosłowność okrucieństwa. Można byłoby, z korzyścią także dla budżetu, potraktować wiele scen umownie, nie rozpraszając widza i nie popędzając, ale zapraszając do refleksji o władzy, upadku świata określonych wartości itp. Wydaje się, że film Kawalerowicza stanął wpół drogi, a żal, kiedy wspomnieć "Faraona".