Wyobraz sobie ,że spędziłeś dzień w sredniowiecznym klasztorze.Przygotój krótką relacje do gazetki szkolnej pt.w średniowiecznym klasztorze oto rozklad:5.45 początek dnia,6-6.30 wspólna modlitwa,6.30-7.30 spotkanie z opatem,7.30-8.15 poranna msza sw.,8.15-9.00 praca,9.00-10.30 msza sw.,10.45-11.30 wspolna modlitwa,12-12.45 posilek,12.45-13.45 odpoczynek,14.00-14.30 wspolna modlitwa,14.30-16.15 praca,16.30-17.15 wspolna modlitwa,17.30-18 posilek 18.00-18.45 wspolna modlitwa,18.45-0.30 odpoczynek,0.30-2.30 wspolna modlitwa,2.30-4.00 odpoczynek 4.00-5.45 wspolna modlitwa prosze o szybka odpowiedz daje naj dziekuje

1

Odpowiedzi

2010-03-20T21:24:14+01:00
Mój dzień w klasztorze średniowiecznym nie różnił się niczym od innych, oczywiście jak na tamte czasy. O 5:45 zbudzono nas, z prośbą o szybkie "5 minut" dla siebie, bo dzisiaj wszystko dzieje się szybciej niż zazwyczaj. Co to była za krzątanina! Wszędzie roiło się od księży, opatów i małych podrostków kuchennych. Gdy o godzinie 6:00 stawiłem się na wspólnej modlitwie nie wiedziałem co ze sobą zrobić. Czułem się jakbym był pierwszego dnia w szkole... Modlitwa przechodziła w ciszy, lecz dało się wyczuć napięcie, niemal elektryzujące napięcie. Wszyscy na coś, lub kogoś oczekiwali. Nikt nie mógł się skupić. Wreszcie nadszedł koniec tej męki dla wszystkich, a wyszliśmy 5 minut wcześniej. Znowu zaczęła się znana mi krzatanina sprzed pól godziny. Teraz wszyscy sę szykowali na spotkanie z tak ważną osobistością, jak opat. Każdy chciał wyglądać jak najlepiej, licząc na choć najmniejszą pochwałę wydobywającą się z jego ust. Opat jak zwykle wyglądał cudownie, gdy przyszliśmy na miejsce spotkania. Nikomu nuie nudziło się, jak przemawiał, każdy, niezależnie od wieku był oczarowany i zdcziwiony, jak taki człowiek umie tak zahipnotyzować głos. Po skończonym spotkaniu o godzinie 7:30 jakoś nikomu nie spieszyło się na mszę świętą... Po 45 minutach byłem już tak głodny, jak nigdy, lecz na posiłek musiałem jeszcze poczekać. Teraz czekało mnie 45 minut pracy. Męczącej pracy. Myślałem, że nie wytrzymam. Burczało mi w brzuchu, a łaska nie nadchodziła. Postanowiłem, że ułatwię sobie pracę modlitwą. Ach, jakie cudowne uczucie! Zlitowano się nad nami o godzinie 9. Dowiedziałem się, że nadszedł czas na kolejną mszę świętą. Ile tak można? Myślałem, że zemdleję. Głód mnie rozrywał na strzępy, ale wytrzymałem. W takim życiu jak moje trzeba cierpieć! Nareszcie upragniona pora posiłku. Godzina 12. Posiłek, choć ubogi, był niczym manna z nieba. I mogłem się najeść. Owszem, niewiele było tego jedzenia, ale lepiej późno, niż wcale. Po zjedzeniu byłem tak zmęczony, obolały i sztywny, że musiałem się położyć. Godzina wystarczyła. Zrehabilitowałem się jak nigdy. Byłem gotów przenosić góry i doliny. Niestety, nie mogłem się wykazać. Czekała nas wspólna modlitwa, po raz 3 tego dnia, a następnie męcząca praca. To było straszne. Przez prawie dwie godziny harowałem jak wół... Potem znowu była wspólna modlitwa. Nareszcie drugi posiłek o godzinie 17.30, a potem.... O nie! Znowu modlitwa! 45 minut marzłem i o mało nie usnąłem. Ta praca była wyczerpująca. Nareszcie odpoczynek! Upragniona godzina! 18.45. Błogosławiona pora! Poszedłem się położyć, lecz chyba zasnąłem, ale co to? Znowu mnie obudzono! O pół do pierwszej w nocy! To skandal. Ale postanowiłem, że będę dzielny. Ta moja dzielność nie trwała długo. A raczej trwała do momentu w którym dowiedziałem się po co nas obudzono. Oczywiście, jak mogłoby być inaczej! Obudzono nas na wspólną modlitwę. Dwugodzinną! To było nie do wytrzymania. O godzinie 2.30 padłem jak wół po całym dniu roboty. Wreszcie. Mogłem sobie spać spokojnie aż do... 5.45. I wtedy skończył się dzień. Skończyło się wszystko. Odpłynąłem.
5 3 5