Odpowiedzi

2009-04-22T20:25:43+02:00
Cała nasza klasa z radością przyjęła informację, że za świetne wyniki w nauce wybierzemy się na wycieczkę poza przestrzeń okołoziemską. Ucieszyłam się nią ogromnie, gdyż interesuję się astronomią i ciekawi mnie nieprzenikniona i nieskończona “ciemność kosmiczna”, inaczej mówiąc – Wszechświat. Aby wszystkie nowe nazwy i istoty zapamiętać, a potem podzielić się wiedzą o nich z innymi oraz by prowadzić dziennik wyprawy, wziąłem ze sobą mój notesik, w którym wszystko skrupulatnie notowałem. Jednak nie wszystkie plany związane z wyprawą powiodły się i nie wszystko poszło po naszej myśli.
Według moich notatek, wyruszyliśmy statkiem Alakacja z boiska szkolnego o godzinie ósmej pięćdziesiąt dziewięć rano w niedzielę, (napisz datę). Dzień był chłodny i nieprzyjemny, ale nie mieliśmy żadnych trudności ze startem i przedarciem się przez atmosferę. Wkrótce zobaczyłam, że niebo i chmury mam już pod nogami. Poczułam, jak zimny dreszcz przeszedł mi po plecach.
Przez pierwsze dwadzieścia dni podróż upływała pomyślnie, lecz dwudziestego pierwszego dnia, oddaleni od Ziemi o sześć lat świetlnych, natknęliśmy się na burzę kosmiczno-grawitacyjną o stopniu natężenia osiem z dziesięciu. Jest to bardzo niebezpieczne zjawisko. Z niezbadanej dotychczas przyczyny zaczynają bombardować cię meteoryty z wszystkich stron i równocześnie zostajesz rozrywany przez przeciwne siły grawitacyjno-magnetyczne. Na szczęście, Alakacja była przystosowana do takich kosmicznych burz, a więc wybrnęliśmy z opresji cało i zdrowo. Czekało nas jeszcze wiele trudności: chmury międzygwiezdne, wycieki jądrowe, wybuchy Supernowych oraz śmiercionośne promieniowanie gwiazd. W końcu, po czterdziestu dniach lotu statkiem kosmicznym, dotarliśmy do celu – planety Urubudubus.
Wyszłam ze statku. Grunt był sypki jak nadmorski piasek, o kolorze bladoniebieskim. Teren był górzysty, porośnięty roślinnością podobną do paproci w naszych lasach. Nikt nie spodziewał się tak “normalnego”, dla nas ludzi, krajobrazu. Według systemu nawigacyjnego Alakacji znajdowaliśmy się na Wyżynie Rakatarskiej. Wszędzie roiło się od małych, sześciennych, przymocowanych do piaszczystego podłoża, podobnych do kostek cyberkamerek z cyberczujnikami wykrywającymi obcych. Miały one cyberlasery na górnych ściankach. Gdy wyczuły nas i nasz statek kosmiczny, przesłały informacje do Centrum Dowództwa Międzyplanetarnego (CDM), skąd, uznając nas za niegroźnych, wysłano rozkazy do Instytucji Gościnności o miłe przyjęcie i zakwaterowanie w zarezerwowanych wcześniej pokojach dla “przybyszów z innej planety”.
Do samego centrum Rakatary – stolicy planety Urubudubus – doprowadziła nas para przesympatycznych robotów, które przez całą drogę żartowały z nami (wręczyły nam wcześniej generatory mowy zakładane na ucho, byśmy mogli rozumieć mowę Urubudubasów i robotów). Oprowadziły naszą wycieczkę po całej stolicy liczącej sześćset milionów Urubudubasów, Urubudubanek i Urubudubasiątek. Widziałam ogromne, wysokie budynki. Niektóre z nich mieściły aż po dwa, trzy miliony mieszkańców tej planety. Wąskie, ale gęste pasy zieleni przecinały place pełne sklepów i straganów.
Jeden z robotów zapytał się: “Czy wiecie skąd pochodzi nazwa naszej stolicy?”.
Pani wychowawczyni odpowiedziała: “Nie wiemy, ale chętnie posłuchamy o tym”.
Zaczął wyjaśniać drugi robot: “Dawno temu, na naszej planecie panowała epidemia tutejszych raków pospolitych, które do tej pory zdążyliśmy już wytępić. Roznosiły one okropną chorobę, którą nazwaliśmy “katarem”. Znalazł się wtedy śmiałek, który chciał zwalczyć szkodliwe raki. Był nim sam król Genius Ksajusz XIII. W zamian za pokonanie plagi, pragnął on przenieść stolicę do miejscowości Hecjusz, którą miał nazwać Rakatar. Tak też się stało – wytępił on raki co do jednego i przeniósł stolicę, a małe miasteczko stało się sześćset milionowym miastem, jakim jest do dziś”.
Właśnie na takich ciekawych pogawędkach upłynął nam czas, aż dotarliśmy do Pałacu Sarogwar – siedziby parlamentu, ministrów i króla Istofesa Poturbusa.
Gdy weszliśmy do sali tronowej, dopiero wówczas mogłam przyjrzeć się sylwetce i wyglądzie Urubudubasów, a także ich zachowaniu. Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy ujrzałam twarze, ręce i nogi, prawie identyczne z ludzkimi. Dłonie miały zwyczajnie pięć palców, a ręce były ciut krótsze niż nasze i niżej osadzone, bliżej brzucha. Nogi natomiast, trochę dłuższe od naszych, zakończone były stopami o sześciu palcach. Rakatarowie – mieszkańcy stolicy – chodzili ubrani w płócienne tuniki do łydek o szarym odcieniu i przepasani niebieskimi, fioletowymi, żółtymi lub zielonymi pasami z kieszonkami. Kieszenie te tubylcy wypełniali drobiazgami i tutejszymi monetami – szerlinderami. Zachowywali się tak samo jak ludzie, ale chodzili bardziej pochyleni do przodu i ciężko stąpali. Nie wydawało się możliwe takie podobieństwo ludzi i kosmitów.
- Witam przybyszów! – rozległ się po sali donośny głos siedzącego na samym końcu Istofesa Poturbusa. Gdy tylko to wyrzekł, wszyscy służący, straż i żołnierze padli na kolana i trzy razy pokłonili się władcy, synchronicznie jak roboty. I my poszliśmy za ich przykładem, aby być później dobrze traktowanymi, jako ludzie wychowani.
- Kłaniamy się do stóp Waszej Królewskiej Mości! – wykrzyknął Rafał, który zawsze znajdował jakieś korzystne wyjście z sytuacji. Nasze generatory mowy przetłumaczyły natychmiast te słowa na Urubudubański tak, że król pojął, co do niego powiedziano.
- Nasi lokajowie zaprowadzą was do zarezerwowanych pokoi w hotelu. Czujcie się jak w domu – oznajmił Istofes. – Herdel, Xetrel! Do mnie! Odprowadzicie ich do pokoi w Star Hotel. W recepcji dadzą wam kolejne potrzebne instrukcje – powiedział król, a potem zwrócił się do nas. – Żegnam was na razie. Myślę, że się wkrótce znowu spotkamy i porozmawiamy. Potem nakazał lokajom, żeby opiekowali się nami i omijali wszelkie skupiska rakataran. Lokajowie oznajmili, że będą z nami żartować i że przy okazji opowiedzą nam historię tego miasta. Poturbus zgodził się, ale zastrzegł, że nie wolno im mówić o rzeczach poufnych, a potem pożegnał się z Herdelem i Xetrelem.
Spacer po mieście w kierunku hotelu spędziliśmy mile gawędząc i rozmawiając o tym i owym. Wkrótce doszliśmy do stupiętrowego hotelu, gdzie po zameldowaniu się w recepcji, wjechaliśmy szybką windą na dziewięćdziesiąte dziewiąte piętro – tam znajdowały się nasze pokoje. Wkrótce smacznie spaliśmy w łóżkach.
Nad ranem Filipa zbudziły jakieś dziwne szmery dochodzące z innych pokoi obok. Wstał i cichutko nacisnął klamkę, lecz w tym samym momencie ktoś uderzył go mocno w głowę i nasz kolega stracił przytomność.
Obudziłem się, gdy usłyszałem stłumiony jęk Filipa. Ostrożnie wstałem i nasłuchiwałem. Jakiś nieznajomy zbliżał się do moich drzwi. Wcisnąłem się w kąt pokoju tak, żeby bez problemu móc obezwładnić tajemniczego napastnika. I tak też się stało. Ciemna postać weszła do pokoju, ja na nią skoczyłem – była dziwnie obślizgła – przydeptałem ją nogą i wykręciłem jej ręce. Poczułem, że mój przeciwnik zemdlał. Wyszedłem cicho z mojego pokoju. Zdążyłem tylko zauważyć skierowany w siebie laser obezwładniający. Krzyknąłem. Więcej nie pamiętam.
Wszyscy sparaliżowani i obezwładnieni obudziliśmy się, jak się później okazało, po tygodniu w jakiejś ciemnej i paskudnej celi. Od porwanego z nami portiera hotelu dowiedzieliśmy się, że jesteśmy tysiąc lat świetlnych od planety Urubudubus. Znajdujemy się pod władzą Lechritów – piratów kosmicznych – i jesteśmy w Abbistońskich Lochach na Nizinie Mroczarkarskiej. Dowiedzieliśmy się również, że jesteśmy prawdopodobnie zakładnikami, których kosmiczni piraci chcą wymienić na pieniądze z kradzieży dokonanej przed sześcioma wiekami na skarbcu Lechritów.
Celę zamyka cyberzamek z czujnikami na podczerwień. Kto by przy nim chciał majsterkować, musiałby zginąć. Wygląda on bardzo niepozornie, jak na pierwszy rzut oka, a potrafi swymi laserami porazić i zabić każdego. Jest jednym z większych osiągnięć wynalazców w państwie Lechritów.
Nie widziałam innej możliwości ratunku, jak tylko zbudować robota, który przemierzyłby przestrzeń kosmiczną i dotarł gdziekolwiek, aby wezwać pomoc. Urubudubasi nie mają szybkich statków kosmicznych, więc minęłyby lata zanim by nas odbili. Tak więc zdecydowałam się wysłać z robotem to opowiadanie napisane na podstawie notatek z mojego pamiętnika. Może czyta je teraz jakaś istota na odległej planecie, może człowiek, ale bez względu na rasę odbiorcy, proszę w imieniu całej naszej klasy o pomoc i wyswobodzenie nas z rąk Lechritów.
_________________________

5 3 5