Odpowiedzi

2010-03-26T15:25:06+01:00
Niebieskie, humanoidalne stworzenia – dla wtajemniczonych Na’avi – łypią na nas swymi wielkimi oczami z monstrualnej wielkości plakatów, porozwieszanych na ścianach bloków, zerkają z grafik komputerowych zamieszczanych na wszystkich większych portalach, wyskakują zamknięte w okienkach reklamowych otwierających się po załadowaniu kolejnej strony internetowej. „Avatar” po prostu jest wszędzie – dosłownie można obawiać się tego, że Na’avi wyskoczy do nas po otwarciu , wręczając kolejny reklamowy gadżet, mający zachęcić nas do seansu. Pewnie i tych wszystkich reklam dookoła trochę za dużo, bo mogą męczyć – ba, nawet zniechęcić do seansu, bo ponoć to, co dobre reklamować się nie musi. Niemniej pamiętajcie, gdy Na’avi wyskoczy z lodówki i zaprosi was na seans to posłuchajcie niebieskiego stwora, ponieważ „Avatar” to niemal trzy godziny seans wizualnego mistrzostwa świata. Kampanie reklamowe nie kłamią – „Avatar” otwiera w kinie zupełnie nowy rozdział w historii kina.


Angielski:Blue, humanoid creation - to the initiated Na'avi - flashes on us with his big eyes of a monstrous size posters on the walls porozwieszanych blocks zerkają from computer graphics to appear on all major portals, pop up advertising windows closed in the opening after loading another web page. "Avatar" is simply everywhere - you can literally afraid that Na'avi jump out to us after you open the refrigerator, handing another promotional gadget, designed to encourage us to a seance. Sure, and all these ads around a bit too much, because they can suffer - indeed, even discourage seance, because it seems what is good does not need to advertise. However remember when Na'avi leap from the refrigerator and invite you to listen to this session of blue creature, as "Avatar" is almost three hours showing the visual world championships. Ad campaigns do not lie - "Avatar" opens in the cinema a new chapter in the history of cinema.
  • Użytkownik Zadane
2010-03-26T15:33:36+01:00
Niewiele było w historii kinematografii filmów, którym udało się przenieść widza do zupełnie innego świata. Na myśl przychodzi mi tu od razu Niekończąca się opowieść, z której obrazy (jak wielki żółw na bagnach, czy dziwne błociane stwory) mam przed oczami do dziś, mimo że film widziałem tylko raz, prawie 20 lat temu. Długo musiałem czekać na coś, co przebije pod tym względem dzieło Wolfganga Petersena. Kolejnym takim filmem była dla mnie trylogia Petera Jacksona "Władca pierścieni". Królestwa Elfów, krasnoludów, hobbickie Shire, las Entów... każda z tych krain to oddzielny świat, który bez szwanku udało się przenieść na duży ekran. Nowozelandczyk niemal perfekcyjnie odtworzył klimat tolkienowskiego Śródziemia, tworząc genialną adaptację najlepszej przygodowej powieści wszech czasów.
Tego rodzaju projekty, oprócz wielkich reżyserskich wizji wymagają również wielkich pieniędzy. Niestety zbyt często brakuje jednego lub drugiego (a czasem obu, co kończy się tragicznie). Jamesowi Cameronowi nie zabrakło jednak ani wizji ani pieniędzy, dzięki czemu w "Avatarze" zafundował nam spektakl, jakiego kino jeszcze nie znało.

Oglądając najbardziej oczekiwany film roku czułem się jak dziecko, które każdego dnia odkrywa kolejny kawałek świata i dowiaduje się nowych fascynujących rzeczy o otaczającej nas rzeczywistości. Już pierwsze minuty filmu uświadamiają nam, że obcować będziemy z dziełem monumentalnym. Cameron nie oszczędza. W każdej niemal scenie dane jest nam podziwiać jakąś część wykreowanego na potrzeby filmu świata. Gdy zatrudniony przez złą korporację RDA, porucznik Quartich (Stephen Lang) w podniosły sposób przemawia do swoich podwładnych, w tle widzimy niesamowity krajobraz planety Pandora, który nie wygląda jak wklejona w okno widokówka, ale żyje własnym życiem, niezależnym od wydarzeń z pierwszego planu. I tak jest przy każdej scenie. Dzięki zupełnie nowatorskiej metodzie filmowania w trzech wymiarach i niesamowitej dbałości o szczegóły, przy każdej niemal scenie możemy oglądać właściwie dwa filmy -- ten właściwy, gdzie toczy się główna akcja, i ten drugi, na dalszym planie, gdzie toczy się codzienne życie, czy to w bazie, czy w dzikiej pandoriańskiej dżungli.

A dżungla jest wspaniała. Właściwie gdyby Cameron zdecydował się zupełnie pominąć fabułę i pokazywać nam tylko obrazy z wymyślonego przez siebie świata i tak oceniłbym taki film bardzo wysoko. Tu również nie ma miejsca na oszczędności. Razem z bohaterami poznajemy setki gatunków roślin i zwierząt zamieszkujących świat Pandory. Fruwamy w przestworzach, zanurzamy się pod wodę, przechadzamy się po gęstych lasach, wspinamy po wiszących w "powietrzu" górach. I wszystko co widzimy jest całkowicie zachwycające!

Trochę o fabule

Ale Avatar to nie film przyrodniczy. Oprócz efektów wizualnych, które bez wątpienia wyznaczają nowy standard w kinematografii 3D, jest też fabuła, która mimo swojej prostoty i naiwności, jest spójna i dopracowana co najmniej tak samo jak inne elementy filmu.

Mamy więc Jake'a Sully (Sam Worthington), poruszającego się na wózku byłego żołnierza, który przyjeżdża na Pandorę, aby zastąpić swojego brata bliźniaka, naukowca sponsorowanego przez RDA, który zginął podczas napadu tuż przed wylotem na planetę. Naukowcy na Pandorze, prowadzeni przez Grace (Sigourney Weaver) zajmują się badaniem miejscowej przyrody oraz próbami porozumienia z ludem Na'vi. Jako że atmosfera planety nie zawiera odpowiedniej ilości tlenu, ludzie nie podróżują po niej samodzielnie, lecz korzystają z pomocy awatarów -- sztucznych ciał, stworzonych na podobieństwo miejscowych, kontrolując je zdalnie dzięki skomplikowanym komputerom biologicznym, do których to podłączają się a'la Matrix -- bezpośrednio do mózgu. Pamiętajcie, że akcja filmu rozgrywa się w XXII wieku, w związku z czym wszystkie chwyty są dozwolone.

Cele naukowców i szefów RDA są oczywiście rozbieżne. Ci pierwsi chcą przede wszystkim poznać obcą cywilizację, jej kulturę i zwyczaje, a może nawet spróbować zrozumieć prymitywny z pozoru lud Na'vi. Ci drudzy myślą raczej o ogromnych złożach surowca unobtainium, których największe złoża znajdują się dziwnym trafem pod świętym drzewem tubylców, a także o sposobie na jak najmniej krwawe ("zabójstwa obcych źle wyglądają w papierach") pozbycie się niebieskich stworów, aby w spokoju móc wydobywać ten drogi i niedostępny na Ziemi surowiec. Tu właśnie zaczyna się rola Jake'a, który po przypadkowym zjednaniu sympatii jednej z niebieskich księżniczek, wkracza w szeregi obcych jako szpieg, mający za zadanie przekonać ich do pokojowego opuszczenia swojej rodzimej krainy, zanim wkroczą do niej ludzkie buldożery. Misja oczywiście się przedłuża, a obozy naukowców i militarystów nie mogą się nawzajem przekonywać co do słuszności swoich racji. Ostatecznie więc siłę argumentów zastąpi argument siły i całość rozstrzygnie się na polu walki między najeźdźcami a miejscowymi, dzięki czemu dane jest nam oglądać spektakularną rozpierduchę w kosmosie.

Czym byłaby jednak porządna hollywódzka fabuła bez wątku miłosnego? W Avatarze mamy przykład niewyeksploatowanego jeszcze przez kino romansu międzyrasowego. Już podczas pierwszego spotkania, gdzie Neytiri (komputerowo renderowana, niebieska Zoe Saldana) próbuje zestrzelić Jake'a z łuku, ostatecznie wstrzymując się ze względu na znak od natury, jasne staje się, że będziemy mieć tu do czynienia z nietypowym związkiem człowiek - Na'vi. Związek ten rozwija się stopniowo, przybierając na intensywności wraz z rozwojem samej akcji, dzięki czemu ostatecznie wydaje nam się równie naturalny jak to, co Maks próbował wytłumaczyć Lamii w końcowych scenach Seksmisji.
Jeszcze trochę o efektach

Jednym z zarzutów stawianych Avatarowi (również przeze mnie) na długo przed premierą, tuż po pokazaniu się pierwszych zwiastunów.





b

W kinie przed seansem pokazywano zwiastuny kilku innych filmów zrealizowanych w "technice trójwymiarowej": Opowieści wigilijnej i Alicji w krainie czarów. Nie znam się na technicznych szczegółach realizacyjnych, ale mogę stwierdzić tyle, że o ile dwa wymienione filmy mają elementy 3D, które walą nas co jakiś czas po oczach przelatującymi "obok" przedmiotami czy atakującymi nas groźnymi stworami (podobnie jak na wszystkich innych pokach 3D w kinie, na które chodziłem będąc nastolatkiem), Avatar jest po prostu filmem w trzech wymiarach. Efektów "nie widzimy", są one naturalną częścią akcji. Od pierwszej do ostatniej sceny podziwiamy wykreowany świat w pełni okazałości, na wielu planach, z trudem ogarniając bogactwo prezentowanego nam doświadczenia filmowego. Efekty nie są tu po to, żeby nas zaskoczyć czy przestraszyć. Są po to, żeby wzbogacić nasz odbiór, pełniej dotrzeć do wszystkich naszych zmysłów, pozwolić nam całkowicie oddać się tej niesamowitej wyprawie w nieznane, jaką jest oglądanie dzieła Camerona.

Czegoś takiego nie było jeszcze w kinie. Samo to warte jest obejrzenia Avatara, bo mamy do czynienia z jednym z filmów, które tworzą historię kina science-fiction, podobnie jak niemieckie Metropolis Fritza Langa sprzed 90 lat, czy Odyseja kosmiczna Stanley'a Kubricka, kosmiczna z 1968 roku.
Moja ocena

Mimo swoich licznych niedostatków, Avatar to genialny film. James Cameron po raz kolejny udowodnił, że jest królem Hollywood i potrafi nawet na średniej historii stworzyć przełomowe dzieło. Film estetycznie bije na głowę wszystko co do tej pory stworzono w kinie, a jednocześnie, mimo wygładzenia i intelektualnego dostosowania do uśrednionego bywalca multipleksu, dostarcza silnych emocji i świetnej rozrywki.

Cameron nie stworzył dzieła idealnego. Przyczepić można się do nazbyt oczywistych pro-ekologicznych i antywojennych nawiązań, do płytkich i stereotypowych dialogów, a nawet do aktorstwa odtwórcy głównej roli (na czymś trzeba było oszczędzić, wybrano aktorów). Wszystko to jednak z wyczuciem wkomponowane jest w akcję, która toczy się wolno, pozwalając nam delektować się kolejnymi daniami serwowanymi przez reżysera, aż do kulminacji w końcowej fazie filmu, gdzie rozstrzygają się losy umiejętnie wprowadzanych do akcji kolejnych bohaterów. Parafrazując nicebastarda mamy tu do czynienia z długą i ekscytującą grą wstępną z wieloma partnerami, zakończoną zbiorowym orgazmem i nieco rozczarowującą grą finalną. Seans opuszczamy jednak w poczuciu dobrze wykonanej roboty :>


Angielski :


There was little in the history of cinema films, which have managed to move the viewer to another world. The thought comes to me here immediately Neverending Story, from which images (like a big turtle in the swamps, mud, or strange creatures) I have before my eyes today, although I saw the movie only once, almost 20 years ago. I had to wait long for something that beats in this respect the work of Wolfgang Petersen. Another such film for me was Peter Jackson's trilogy "Lord of the Rings." Kingdom of the Elves, dwarves, hobbit of the Shire, Forest Entów ... each of these lands is a separate world, which could safely be moved to the big screen. New Zealander almost perfectly reproduced the atmosphere of Tolkien's Middle-earth, creating a brilliant adaptation of the best adventure novels of all time.
Such projects, in addition to the great director's vision will also require a lot of money. Unfortunately, too often lacking one or the other (and sometimes both, which ends in tragedy.) James Cameron is not lacking, however, neither vision nor money, so that the "avatar" decided to pay us a spectacle, what movies did not know yet





Watching the most anticipated film of the year I felt like a child, every day reveals another piece of the world and finds out new exciting things about our reality. Already the first minutes of the film make us aware that we associate with a monumental work. Cameron does not spare. In almost every scene is given us to enjoy some part wykreowanego for the film world. When employed by the corporation from the RDA, Lieutenant Quartich (Stephen Lang), in a sublime way speaks to his subordinates, in the background we see the amazing landscape of the planet Pandora, which does not look like a postcard pasted to the window, but the life of its own, independent from the events of the first plan. And so it is at every stage. With a completely novel method of shooting in three dimensions, and incredible attention to detail, with almost every scene, we can actually watch two movies - the proper, where the main action takes place, and the second, in the background, where daily life goes on, whether it in the database, or in the wild jungle pandoriańskiej


A jungle is magnificent. Actually, Cameron had decided to completely ignore the story and show us only the images of his imaginary world and so oceniłbym this movie very highly. There is also no room for savings. Together with the characters we meet hundreds of plant and animal species inhabiting the world of worms. Flies in the air, plunged into the water, walks in the dense forests, climb the hanging in the air "" the mountains. And all I see is absolutely amazing!



But Avatar is not a nature film. In addition to visual effects, which will no doubt set a new standard in 3D cinema is a story which, despite its simplicity and naivete, is consistent and polished at least as well as other elements of the film.

So we have Jake Sully (Sam Worthington), moving in a wheelchair a former soldier who comes to Pandora to replace his twin brother, a scientist sponsored by the RDA, who was killed during an attack just before departure on the planet. Researchers at Pandora, led by Grace (Sigourney Weaver) to investigate the local nature and attempts to agreement with the people Na'vi. As the planet's atmosphere does not contain enough oxygen, people do not travel on it own but benefit from the aid avatars - artificial body, created in the likeness of local, controlling it remotely through a complex biological computers, which you connect a la Matrix - - directly to the brain. Remember that the film is set in the XXII century, therefore anything goes.



The objectives of the researchers and the heads of the RDA are obviously divergent. The former mainly want to know the alien civilization, its culture and customs, and perhaps even try to understand the seemingly primitive people Na'vi. The latter view rather large deposits of raw unobtainium, the largest deposits are a strange coincidence, the sacred tree of the natives, as well as how the least violent (murder strangers look bad in the papers ") to dispose of the heavenly creatures that alone be able to extract the road and unavailable material on Earth. Here is where the role of Jake, who, after accidentally zjednaniu crush one of the blue princess, entering the ranks as a foreign spy, tasked to convince them to leave the peace of his native land, before it will enter human bulldozers. The mission of course is prolonged, and the camps of scientists and militarists can not convince each other about the rightness of their cause. Ultimately, the strength of the arguments so replace the argument of force and resolve all the battlefield between the invaders and the locals, so we watch the spectacular rozpierduchę in space.



What would this Hollywood drama, however, a decent thread without love? The avatar is an example for another niewyeksploatowanego międzyrasowego romance movies. Already at the first meeting, where Neytiri (computer-rendered, blue Zoe Saldana), Jake tries to shoot a bow, eventually stopping due to a sign from nature, it becomes clear that we have here a compound with an unusual man - Na ' vi. This relationship develops gradually, assuming the intensity with the development of the actual action, so that ultimately we feel as natural as what Max tried to explain to Lamia in the final stages Sexmission.
A little more about the effects

One of the allegations Avatarowi (including by me) long before the premiere, just after the show is the first messengers.



was that both strangers and pretending their avatars look unrealistically, plastikowo, rather like characters from a computer game than as living beings, which of course was to prevent empathy in history and take in the fate of their tribe. So there is definitely and clearly stated: fortunately it is all untrue. At least in 3D (I watched the movie in the IMAX cinema and all those who have the opportunity, I suggest to do the same - I am sure that it was losing a lot on the traditional big screen, and all the charm of a completely vanishes when we see it in the standard two-dimensional), both resident alien and bizarre wielonogie Pandora and the winged creatures look very real. Actually, since their first appearance on the screen accept at face value everything we see and even though somewhere in the middle we remember that all 3D animation, perfect execution makes it hard to distinguish from the real elements rendered


In the cinema trailers shown before the show several other films in the "three-dimensional technique: A Christmas Carol and Alice in Wonderland. I do not know the technical details of realization, but I can say so much, that if these two movies have 3D elements, which are crowding us at some time after the eyes przelatującymi "next" objects or dangerous creatures attacking us (as in all other 3D pokach cinema, which I attended, being a teenager), Avatar is simply a movie in three dimensions. Effects "not seen", they are a natural part of the action. From first to last scene of the world admire and Calderon in full splendor, in many plans, barely taking in a wealth of experience we presented the film. The effects here are not there to frighten or surprise us. Are meant to enrich our reception, fully reach all of our senses, allow us to completely surrender myself to this incredible expedition into the unknown that is viewing the works of Cameron.



Something like this was not yet in the cinema. This alone is worth seeing the Avatar, because we are dealing with one of the films that make up the history of science fiction cinema, like the German Fritz Lang's Metropolis 90 years ago, and Stanley Kubrick's Space Odyssey, Space, 1968.
My Rating

Despite its many shortcomings, Avatar is a brilliant movie. James Cameron once again proved that he is the king of Hollywood and is even able to create a groundbreaking history of average work. The film beautifully beats everything so far created in cinema, yet, despite the smoothness and intellectual adaptation to an average frequenter of the multiplex, provide strong emotions and great entertainment.



Cameron has not created a perfect work. You can stick to the all too obvious pro-environmental and anti-war references, to the shallow and stereotypical dialogues, and even acting enactors lead role (for something you had to spare, selected actors). All this, however, is sensitively integrated into the action that takes place slowly, allowing us to enjoy meals throughout the next director up to the climax in the final stage of the film, where will settle the fate of skillfully placed to share the following characters. Paraphrasing nicebastarda we are dealing with a long and exciting foreplay with many partners, culminating in a collective orgasm and a bit disappointing final game. Seans but leave with a sense of job well done:>




Licze na naj bo troche przysiedziałam ;/










4 3 4