Odpowiedzi

2010-03-28T14:57:47+02:00
Chciałbym opowiedzieć Wam pewną baśń o dzielnym rodzeństwie i szlachetnym elfie, którzy pokonali złego czarnoksiężnika.
Wiele tysięcy lat temu było sobie szczęśliwe królestwo Trakania, którym rządził mądry i sprawiedliwy król. Pewnego dnia urodziła mu się piękna córka, której dano na imię Sali. Gdy miną rok na świat przyszedł syn o imieniu Art, który był podobny do króla. Na chrzciny syna i córki zaproszono dwie wróżki, które ofiarowały jego dzieciom dary. Sali otrzymała dar magii ognia, a Art dar magii powietrza. Gdy dzieci skończyły pięć lat zaczęły naukę. Syn uczył się latać na smoku i doskonalił swoje umiejętności w wykorzystywaniu magii powietrza. Córka ćwiczyła gimnastykę i rozwijała magię ognia. Po kilku latach pilnej nauki potrafili świetnie czarować, niestety nie mogli wykazać się swoimi umiejętnościami. Gdy córka ukończyła piętnaście lat rozpętała się wojna pomiędzy Trakanią a królestwem Elfów, na czele, którego stał okrutny i zły czarnoksiężnik. Chciał on zawładnąć Trakanią, aby zdobyć nowych poddanych i piękny zamek, a króla i jego dzieci uwięzić w lochach.
Brat razem z siostrą chcieli pomóc ojcu bronić królestwa, mogli też po raz pierwszy użyć sowich magicznych mocy. Ojciec opowiedział rodzeństwu o krysztale mocy, który mógłby pomóc w pokonaniu czarownika a miał nazwę Lodorelikwia.
Kto posiadał kryształ ten miał władzę nad wszystkimi mocami dobra i zła. Niestety Lodorelikwia obecnie przebywała w rękach czarnoksiężnika. W Zielonej Świątyni bronił jej zielony smok. Smok był nie do pokonania przez zwykłych ludzi. Mógł go zabić tylko elf o szlachetnym sercu mieczem wykutym ze złota o nazwie Ekskalibur.
Nie tracąc czasu rodzeństwo wyruszyło na poszukiwanie miecza. Pomóc w tym miała im mapa otrzymana od ojca. Ten z kolei otrzymał ją od starego elfa, któremu dawno temu udzielono w zamku króla schronienia. Szli tak przez parę dni, aż pewnego dnia dotarli do celu. Była to jaskinia, długa, kręta i ciemna. Gdy doszli do końca korytarza, ujrzeli miecz wbity w głaz. Próbowali go wyciągnąć, ale nie chciał wyjść, więc postanowili użyć swoich mocy. Sali przy pomocy magii ognia rozgrzała głaz, a Art przy pomocy magii powietrza szybko go schłodził. Głaz rozpadł się na dwie części. Art z łatwością wyciągnął miecz i go ukrył. Wrócili do królestwa by pokazać ojcu miecz. Ojciec się ucieszył, ale niestety istniał jeszcze jeden warunek. Muszą odszukać elfa, który ma moc władania tym mieczem. I znów wyruszyli w drogę. Ta podróż była bardzo długa i męcząca. Po paru miesiącach znaleźli elfa o imieniu Lens, którego szukali. Elf nie chciał im pomóc. Myślał, że to pułapka, albo zły czarnoksiężnik ich przysłał. Wówczas dzieci wyciągnęły miecz i ofiarowały go elfowi. Ten uwierzył, że naprawdę przybyły z Trakanii i potrzebują pomocy.
Gdy nadszedł ranek razem wyruszyli w dalszą podróż. W czasie poszukiwań Zielonej Świątyni zaatakowała ich grupa złych elfów. Elfy zaprowadziły Arta, Sali i Lensa do czarnoksiężnika, który zamknął ich w klatce. Nadeszła noc i strażnicy zasnęli rodzeństwo znów użyło swych mocy do zniszczenia klatki. Gdy uciekli ukryli się w prastarym lesie i wówczas przed nimi ukazała się Zielona Świątynia. Weszli ostrożnie do budynku. W środku był olbrzymi zielony smok zionący ogniem. Lens wziął miecz i rozpoczął walkę. Smok zobaczył, że Lens ma w ręce Ekskalibur, przeraził się, padł przed nim na kolana błagając o łaskę. Lens miał litościwe serce kazał obiecać smokowi, że więcej nie będzie służył czarnoksiężnikowi to mu daruje życie. Smok dziękując za łaskę ukłonił się właścicielowi miecza i go przepuścił dalej. Niestety Sali i Art musieli zaczekać na Lensa, nie mogli wejść do komnaty gdzie był kryształ. Tylko elf mógł patrzeć i dotykać kryształu. Lens po przebyciu kilku pomieszczeń pełnych zasadzek dotarł do komnaty, w której znajdował się kryształ. Kryształ był piękny i bardzo niebezpieczny dla ludzi. Świecił ma zielono i był podobny do odłamka lodu. Gdy Lens miał go wziąć do ręki do komnaty wbiegł czarnoksiężnik z bandą rycerzy, pojmał Lensa i wtrącił do lochu pełnego węży. Czarownik z oddanymi elfami złapał również rodzeństwo, które niecierpliwie oczekiwało powrotu Lensa. Również i oni zostali zamknięci w lochu, którego pilnowali strażnicy, a klucz miał czarnoksiężnik.
Gdy czarownik wszedł do świątyni, aby ponownie ukryć kryształ smok zionął ogniem i nie pozwolił mu się zbliżyć się do Lodorelikwi. Ten złorzecząc i wygrażając smokowi opuścił mury świątyni i udał się po swoich rycerzy, aby przegonić smoka.
W tym czasie rodzeństwo i elf użyli swoich mocy, aby pokonać strażników i zniszczyć kraty. Gdy wyszli z lochów ponownie udali się do świątyni po kryształ. Tym razem nikt im nie przeszkadzał, bo zły czarnoksiężnik nie wrócił ze swoją armią, a smok był ich wiernym sługą. Lens wziął, Lodorelikfie, bo tylko on mógł jej dotknąć i razem z Sali i Artem na grzbiecie smoka powrócili do zamku Trakanii.
Ojciec ucieszył się, że wszyscy powrócili cali, zdrowi i na dodatek mają Lodorelikwię. Mógł od tej pory zapanować pokój. Czarnoksiężnik stracił władzę nad elfami opuścił po kryjomu królestwo elfów i do tej pory nikt nie wie gdzie się udał. Elfy ogłosiły swoim nowym królem Lensa, a smok służył mu do końca swoich dni.
W królestwie Trakanii długo świętowano zwycięstwo. Wiele, wiele dni bawiono się wspólnie. Zjedzono tysiące pieczonych świniaków i kuropatw a wypito przy tym setki beczek znakomitego wina.
Art i Sali zostali pomocnikami królewskiego czarownika i pomagali mu w wymyślaniu śmiesznych i zabawnych zaklęć dopóki ich to nie znudziło.
I tak kończy się ta historia, która uczy nas, że należy zawsze pilnie się uczyć i pomagać innym
4 3 4
Najlepsza Odpowiedź!
  • Użytkownik Zadane
2010-03-28T15:02:03+02:00
Dawno, dawno temu, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, zresztą co ja was będę geografii uczył, żył sobie rycerz. Rycerz miał zbroję starą i wyklepaną tu i ówdzie bo groszem to on nigdy nie śmierdział. Miał miecz na dwa i pół łokcia długi, konia i honor. Szczególnie tego ostatniego miał pod dostatkiem. Z pomyślunkiem już trochę gorzej było. Ale w końcu na wojnie nadmiar rozumu bywa szkodliwy, więc to naszemu rycerzowi nie przeszkadzało. Rąbał mieczem kogo mu kazali, łup oddawał na sieroty i wdowy oraz kombatantów wojennych, nie zadając zbędnych pytań. I wszyscy byli hepi, (czy jak to się tam pisze). Płynęło pomalutku życie rycerza i wszystko było dobrze, aż jełop jeden nie zakochał się w księżniczce. Gadają że piękna była, (choć krąży plotka że miała zeza, ale wszędzie przecież znajdą się złośliwi). Rycerz natomiast urodą nie grzeszył, a odkąd oberwał stalową rohatyną przez łeb to gębę też miał całkiem nie wyjściową. No i był od królewny coś pond dwa razy starszy.
Poszedł więc rycerz do króla. Padł przed nim na twarz, jak to się zwykle czyni przed monarchami i przedstawił swoją prośbę. Król najpierw gały wywalił ze zdziwienia, ale przemyślawszy sprawę dokładniej, (choć powoli mu to szło, bo w przeddzień była balanga i Jaśnie Wielmożny miał tęgiego kaca), doszedł do wniosku, że faktycznie księżniczkę trzeba by już wydać za mąż coby wstydu nie przyniosła. Krążyły bowiem o niej dość pikantne plotki na podgrodziu. A że księżniczka wprawdzie królewskie dziecko, ale piąte, nie była obdarzona dobrodziejstwem dziedziczenia królestwa, to se król pomyślał co i tak lepszy kandydat się nie trafi.
- A bież ją sobie, jak cię tylko będzie chciała – powiedział monarcha popijając mocną kawę.
Rycerz padł całować z wdzięczności królewskie stopy a potem pobiegł na komnaty królewny.
Ukląkł przed księżniczką, aż zbroja zadzwoniła, wręczył bukiet kwiatów co go był w wyschniętej fosie koło murów nazbierał i dalejże miłość wyznawać a o rękę prosić. Przy okazji, jako że darem wymowy nie grzeszył, zaprzeczył sobie ze dwa razy, zaciućkał się i wreszcie ucichł. Popatrzyła na niego królewna dobrotliwie i w te słowa rzecze.
- Cny rycerzu bardzoś mnie tymi kwiatami za serce ujął. Ja skłonna jestem wyjść za ciebie, ale przedtem musisz dać mi dowód twej odwagi i męstwa.
- Wszystko co rozkażesz Pani – wydusił rycerz, który bujał już tymczasem w siódmym niebie rozkoszy.
- Na południu jest skalista kraina gdzie rośnie złote runo. Pojedziesz tam i mi je przywieziesz.
Ale księżniczko – siódme niebo zamknęło się z hukiem. – Tego runa pilnuje straszliwy smok.
Co to dla ciebie jeden smok – prychnęła księżniczka – a teraz idź już, bo mam lekcję śpiewu.
Na korytarzu spotkał barda śpieszącego do komnat księżniczki.
I wyruszył rycerz w długą podróż. Po drodze spotkał wróżkę, która gdy tylko spojrzała w szklaną kulę , pokiwała smutno głową, pogłaskała go za uchem i rzekła:
- Jak ty nic nie rozumiesz rycerzu.
Spotkał wreszcie krasnoludków. Pomógł im pozbyć się złego trola a ci z wielkiej wdzięczności ukradli mu konia. Szedł tedy piechotą wiele dni nieraz przymierając głodem. Przemierzył wielkie gorące pustynie, puszcze pełne dzikiego zwierza i Dziwożon, (ale to już inna bajka). Aż wreszcie dotarł do samego serca gór Skalistych, do podnóża góry Srebrnej. Na niej to rosło złote runo. Wyrosła przed nim prawie pionowa, urwista ściana a pod nią kopczyki kości i przerdzewiałego żelastwa, co to pozostało po poprzednich śmiałkach. Siadł rycerz na kamieniu i zapłakał gorzko. Wiedział bowiem że na skałę wejść rady nie da bo ma lęk wysokości. Na domiar złego zaczął padać śnieg z deszczem.
- Ej ty, w tej śmiesznej blaszance – dobiegł go głos z tyłu – wejdź do groty bo całkiem przemokniesz.
Rycerz obejrzał się i aż go zatkało. Przy wejściu do jaskini siedział sobie najprawdziwszy smok, wielki jak stodoła i szczerzył zęby w uśmiechu.
- Pożryj mnie smoku – chlipnął rycerz – i skróć me cierpienia.
- Pożerał cię nie będę, bo dostałbym nie chybnie niestrawności, gdyż roślinożerny jestem.
- A tamte szkielety?
- Idioci sami pospadali. Byli niemili, ganiali mnie z jakimiś drągami, więc im nie powiedziałem że tam wyżej skała się kruszy. No chodź wreszcie bo się przeziębisz.
Smocza jaskinia była ciepła i przytulna a smok grzał jak piec.
- Słuchaj rycerz – odezwał się smok kiedy już sobie chwilę pomilczeli – powiedz mi co cię gnębi.
- Widzisz smoku, potrzebne mi złote runo.
- I w czym problem, pełno go rośnie na tej górze i miejsce trawie zabiera. Bierz ile ci potrzeba.
- Co z tego kiedy na tą górę nie da się wspiąć, nikt tego nie dokonał.
- Z całym szacunkiem – uśmiechnął się smok – byli głupi i narwani. Gdyby zamiast wrzeszczeć i wywijać żelastwem, pogadali ze mną, powiedziałbym im że ta jaskinia drugim końcem wychodzi na polankę z tym złotym chwastem i można tam dojść spacerkiem w pięć minut, nie dostawszy nawet zadyszki. Ej rycerz, gdzie się podziałeś?
A rycerz był już na polance i zrywał garściami złote runo. Po czym, pożegnawszy się ze smokiem po przyjacielsku, ruszył w powrotną drogę. A jego serce śpiewało hymny do pięknej księżniczki.
Dotarł wreszcie na zamek po dość długiej podróży. Cieszył się że ją zobaczy, przecież tyle dla niej znaczył. Ale księżniczki nie było w komnacie. Jakiś dworski ciura poradził mu, żeby poszedł na podwórzec za stajnie to tam spotka królewnę. Zastanowił się, co królewna może robić za stajniami. Jakowoż wyjaśniło się to bardzo szybko. Dojrzał bowiem stóg siana a obok niego, powiewające na stylu od wideł batystowe majtki księżniczki w towarzystwie pocerowanych gaci barda. Jego kościsty tyłek błyskał od czasu do czasu w miejscu, gdzie z siana mierzyły w niebo dumnie zadarte nogi księżniczki. Dobył więc rycerz miecza, by wymierzyć sprawiedliwość (tak jak w tym dowcipie, gdzie hrabia woła z za drzwi; „Dla pana wacik, dla pani korkociąg), ale opanował się i nie dokonał tego czynu krwawego. Bard uciekł, chwytając w przelocie pocerowane gacie.
- Przecież miałaś na mnie czekać – odezwał się rycerz do księżniczki, która usiłowała dosięgnąć sukienki, nie odkrywając nadmiernie tego i owego.
- Ale nie było cię przecież tak długo.
- Trudno się mówi – mruknął rycerz. Wsadził miecz pod pachę
– Miło było - rzekł i poszedł sobie.
- Ej rycerz – zawołała księżniczka – przecież miałeś się ze mną ożenić.
- Teraz to ty mnie możesz – rzucił przez ramię.
Nie pytajcie mnie, dokąd poszedł, ani co robił bo nie wiem. Niektórzy wprawdzie mówią, że odwiesił miecz i zamieszkał ze smokiem, ale czy to prawda, tego też nie sprawdzałem.
No i to by było na tyle. Aha jeszcze morał, a raczej morały. Pierwszy jest taki, że to zwykle smoki są leprze od księżniczek. A drugi..... zresztą sami sobie wymyślcie.
6 3 6