Odpowiedzi

2010-03-28T16:24:45+02:00
Bajkowy powrót do korzeni


Tego się po nim nie spodziewaliśmy. Twórca tak mrocznych filmów jak "Joanna D'Ark" czy "Leon Zawodowiec", specjalizujący się w filmach sensacyjnych i science- fiction, zabiera się za bajkę dla dzieci? Co dobrego może z tego wyniknąć? Ano, jak się okazuje, bardzo dużo dobrego. "Artur i Minimki" to film bardzo sprawnie zrealizowany, a przy tym ciepły i niezwykle sympatyczny.

Praca nad "Arturem i Minimkami" trwała przez siedem lat. W międzyczasie Luc Besson zdążył napisać cztery książeczki o przygodach Artura w krainie malutkich, bo nie większych od zęba, elfów. Scenariusz filmu powstał w oparciu o pierwsze dwie historie książkowe, czyli "Artur i Minimki" oraz "Artur i Zakazane Miasto". Film pomyślany jest jako trylogia- kolejne dwie części to "Artur i wojna dwóch światów" oraz "Artur i zemsta Maltazara".

Artur (Freddie Highmore) to dziesięcioletni chłopiec, wychowywany przez babcię (Mia Farrow). Dziadek Artura zaginął kilka lat temu i od tamtej pory babcia boryka się z coraz większymi problemami finansowymi. Tego lata grozi jej eksmisja, a ponieważ zalega z rachunkami, dom zostaje odcięty od telefonu i prądu. Artur widzi tylko jeden sposób, żeby ratować babcię i jej dom- musi dostać się do tajemniczej krainy Minimków, gdzie jego dziadek podobno ukrył worek rubinów. Dzięki szaradom zostawionym przez dziadka chłopiec odnajduje ukryte przejście i sam staje się Minimkiem.

Przy realizacji posłużono się zarówno animacją jak i sekwencjami fabularnymi. Obie części filmu bardzo starannie połączono, dzięki czemu świat animowany nie różni się zanadto od świata rzeczywistego (zwłaszcza duże wrażenie robią sekwencje ogrodowe- widz zdaje sobie sprawę, że to animacja, ale i tak daje się nabrać). Część rzeczywista przypomina świat znany z filmu "Miasteczko Pleasantville"- jest pocztówkowo- romantyczny, aktorzy grają w sposób nieco przesadzony, tak, że od razu wiadomo, kto jest dobry, a kto zły. To taki świat z marzeń, gdzie dziadek-odkrywca przechowuje na strychu zasuszone mumie, babcia opowiada interesujące historie i nigdy nie pada deszcz. Można się oburzyć, że to ckliwe (skąd niby w ogrodzie wzięły się kwitnące jabłonie w sierpniu? Nawet w Connecticut jabłonie kwitną przecież na wiosnę), ale zdecydowanie przyjemniej jest dać się uwieść tej konwencji. Kto z nas w końcu nie chciałby takiego dzieciństwa?

To zabawne, ale świat Minimków okazuje się zdecydowanie bardziej nowoczesny. Funkcjonują w nim w końcu pokątne bary, w których słucha się muzyki z lat 70-tych i współczesnej, a obsługę stanowią Rastafarianie. Minimki znają wschodnie sztuki walki, ubierają się w obcisłe ciuchy i używają niezwykle przydatnych wynalazków, takich jak scyzoryk z trzystoma funkcjami. Armia złego Maltazara budzi skojarzenia z armią klonów z Gwiezdnych Wojen, a on sam niepokojąco podobny jest do Lorda Voldemorta z ekranizacji powieści o Harrym Potterze. Jednym słowem- nawiązań do popkultury znalazło się w filmie niemało. O ile jednak w produkcjach amerykańskich te nawiązania stanowią w filmach dla dzieci często wręcz podstawę scenariusza (jak w "Happy Feet", gdzie pingwiny śpiewają współczesne utwory w ramach swojej pieśni godowej), w "Arturze i Minimkach" są raczej puszczeniem oka do widza- tak, wiemy, znamy, ale potrafimy obejść się bez tego. Bo akcja filmu opiera się raczej na opowieściach Verne'a o ukrytych światach, wspaniałych wynalazkach i dzielnych odkrywcach. I to jest pewna nowość w produkcjach dla dzieci, bo przecież zakładało się, że wolą one opowieści dziejące się we współczesnym im świecie. Tymczasem "Minimki" sprzedają się za granicą zaskakująco dobrze. Ciekawe, jak będzie u nas?

Mimo, że "Artur i Minimki" ma swoje minusy (głównie należy do nich przewidywalność), jest to naprawdę uroczy film. O tym wadach myśli się dopiero jakiś czas po wyjściu z kina. W trakcie projekcji widz daje się porwać całkowicie przygodom małego Artura i jego elfich przyjaciół. A o to przecież chyba w filmie chodzi?