Odpowiedzi

2010-04-03T11:52:49+02:00
Rano jak zwykle spotkałam napuszoną, grubą panią Adriannę i jej rozpuszczoną córkę Antoninę. Ponieważ jednak jako arystokratki musiałam je szanować i traktować je lepiej niż innych, grzecznie się ukłoniłam i spytałam, co tam u niej. Odburknęła tylko:
- Dobrze. Dzisiaj masz za zadanie wypielić ogród. Narzędzia są u Grzegorza, wszystkie pytania kieruj do niego, my mamy zarezerwowane bilety na operę.
Wspomniałam, że jako adoptowane dziecko muszę wykonywać wszystkie jej polecenia - sprzątać, prać, gotować? Nie zaprotestowałam i tym razem, w końcu pani Adrianna zaadoptowała mnie i zabrała z sierocińca.
Poszłam do stodoły i szukałam wzrokiem Grzegorza, starszego pana od spraw dworu Adrianny i Antoniny. Nie znalazłam go tam, więc wyszłam ze stodoły i ujrzałam go z tyłu niej, grabiącego rozrzucone przez wiatr liście.
- Dzień dobry, Grzegorzu.-przywitałam go.
- O, witaj, panienko. Co panienka tutaj robi? Czyżby kolejna zachcianka Adrianny?
- Otóż tak. Dziś pielę ogród.
- Który?
- Jak to: który? - spytałam zdziwiona. Żyłam w przekonaniu, że znajduje się tu jeden ogród.
- To panienka nie wie? - powiedział Grzegorz. - Rzeczywiście. Sama Adrianna zabroniła komukolwiek o tym mówić. Wie o nim jedynie ona, jej córka i ja. W sumie na mnie już czas...
- Nie, Grzegorzu! Proszę, powiedz mi jeszcze coś o tym sekretnym ogrodzie - poprosiłam.
- Ech...wie panienka, że nie mogę panience odmówić. A więc
jest to zaczarowany ogród...to znaczy nie wiem, czy jest to prawda, ale tak mawiała swego czasu matka Adrianny, Anastazja.
- Anastazja...Widać mają zamiłowanie do długich imion na a. A pamiętasz jeszcze czasy, gdy ona żyła? W ogóle wiesz coś o niej?
- Oczywiście! Panienka powinna wiedzieć, że Anastazja miała wielkie serce. Kochała nawet najuboższych, najgłupszych i najbrzydszych. Poślubiła jednakże wrednego, okrutnego starca. Kiedy urodziła im się córeczka, a nazwali ją Adrianna, udzieliły jej się cechy ojca, który niedługo potem uciekł z kraju i doszła do nas wieść, że zmarł. Anastazja była załamana. Powiedziała córce, iż udaje się do tajemniczego zaczarowanego ogrodu i zabroniła jej się tam zbliżać. Cóż, tyle świat ją widział.
- Och...To może ja rzeczywiście tam nie pójdę...- udawałam przed Grzegorzem. W rzeczywistości coraz bardziej narastała mnie ochota poznać zaczarowany ogród, który Adrianna przez długi czas trzymała w sekrecie.
- Niech panienka nie kłamie, widzę,że panienka chce iść. Tylko niech panienka uważa. Nikt nie wie, co kryje w sobie takie miejsce...
- Grzegorzu, a tak właściwie, gdzie on jest?
- Pokażę ci drogę. Lecz dalej pójdziesz już sama na swoją własną odpowiedzialność.
- Oczywiście. - ale się cieszyłam, że nareszcie przeżyję coś ciekawego.
Grzegorz zaprowadził mnie do sadu. Najzwyklejszego na świecie, naszego sadu, który widziałam już milion razy.
- To nic nadzwyczajnego. Grzegorzu?
- Gdzieś to musi być....przecież musi...
Grzegorz podszedł do jednego z drzew.
- O tak...to jest to! Niech panienka wejdzie!
- Co? Do drzewa!? Jeszcze nie zgłupiałam aż tak bardzo, by...
Wtedy Grzegorz wepchnął mnie do środka dziury w drzewie.
- Do możliwego zobaczenia! - powiedział.
Cały czas mogłam wyjść. Jednak poślizgnęłam się i wpadłam do dziury. Spadałam w dół i znalazłam się w tym samym miejscu, w którym stałam z Grzegorzem. Wyszłam z drzewa. Wybiegłam z sadu i nawoływałam Grzegorza, jednak nie odpowiadał, uznałam więc, że schował się i wyśmiewa mnie. Obejrzałam się dookoła. Nie zauważyłam nic nadzwyczajnego. Drzewa, trawa, krzaki. Zerwałam jedno jabłko z jabłoni i ugryzłam. Po chwili wyplułam je, smakowało jak spleśniałe winogrono. To niemożliwe, o tej porze jabłka smakują świetnie i są całkiem dojrzałe.
- Może to jednak jest jakiś inny ogród. Niekoniecznie magiczny, ale jest.
Z ciekawości dotknęłam też trawy. W dotyku nie przypominała tego, czym jest, tylko raczej grubą wełnę.
- Och, jak trawa to wełna, to ja uwierzę, że ten ogród jest zaczarowany.
Wybiegłam z sadu i zobaczyłam naszą stodołę.
- To naprawdę niesamowite! Z pozoru wszystko jest takie same, a jednak inne....
Przyjrzałam się kwiatom w ogrodzie. Róże zdawały się mnie obserwować, a fiołki śmiać. Zdziwiona weszłam do stodoły i z przyzwyczajenia zawołałam Grzegorza. Nie odpowiedział.
- Oczywiście, że nie odpowie. Muszę się przyzwyczaić, że jestem w innym świecie.
Usłyszałam szloch. Ktoś widocznie się tu znajdował.
- Halo?? Czy ktoś tu jest? - zapytałam.
-Natychmiast wyjdź stąd! - wykrzyknęła starsza pani. - Nie zamierzam użerać się tu z kimkolwiek!
- Przepraszam. Ja tylko nie wiem, dlaczego tu jestem. - przeprosiłam kobietę i gdy zamierzałam już wyjść, ona uśmiechnęła się i powiedziała:
- A, nie, poczekaj... Adrianna? Czy to ty?
- Nie... nie jestem Adrianną. Nazywam się Kalina. Adrianna to moja przybrana matka.
- Nie znam cię. To znaczy, że Adrianna jest już dorosła?
- No cóż. Tak. Ma już córkę Antoninę, a ja zostałam przez nią adoptowana.
- Przebywam tu tyle lat! A to wszystko przez tego Grzegorza!
- Grzegorza?
Naprawdę zdziwiło mnie to, że zna ona Grzegorza. Po chwili wszystko doszło do mnie i krzyknęłam:
- Ty jesteś Anastazja! Moja przybrana babcia!!!
- Możliwe. A jak tam radzi sobie Antoninka? A moja córka Adrianna?
Taka sama jak one. Zakochana w swojej rodzinie.
- Czują się dobrze. Ale o co chodziło z Grzegorzem?
- A co ty tam dziecko wiesz.
- Wiem całkiem dużo. Na przykład to, że Grzegorz jest moim przyjacielem. Codziennie go spotykam. Pracuje jako służący Antoniny i Adrianny.
- On zszedł aż tak nisko! Nawet się nie przyznał! Co za człowiek. Dziecko, i tak stąd się nie wydostaniesz. Powiem ci w takim razie, że Grzegorz jest ojcem Adrianny, a więc i moim mężem i dziadkiem Antoniny.
- I dlatego pani tu tak siedzi?
- Dziecko, i tak nie mam co już robić, dziecko mnie nie pamięta, Grzegorz też.
Zaprowadziłam ją do Grzegorza. Znalazłam się z nią w normalnym świecie.
Od dziś są już całkiem szczęśliwi. A ja przynajmniej nie muszę tyle sprzątać.
3 4 3