"Udało mi się pokonać tę trudność".Napisz opowiadanie o sytuacji rzeczywistej lub zmyślonej,która na początku sprawiła ci pewne kłopoty,jednak świetnie udało ci się z nimi poradzić.Użyj wyrazów nazywajacych uczucia.



Proszę o odpowiedzi. :)

2

Odpowiedzi

Najlepsza Odpowiedź!
2010-04-06T09:40:53+02:00
Kiedyś zaczęłam jeździć konno. Byłam w tym całkiem dobra. Byłam z tego wyczynu zadowolona i szczęśliwa. Pewnego razu instruktorka powiedziałam, że pora nauczyć się skakać. Bardzo się wystraszyłam i czułam się nie pewnie. Pani powiedziała, że nie będziemy odrazu skakać takich wysokich przeszkód. Byłam cały czas wystraszona. Kilka razy skoczyłam i niestety za każdym razem leżałam na ziemi. Byłam tym bardzo uprzedzona do skoków i obiecałam sobie że już nigdy więcej nie skoczę na koniu. Pewnego dnia mama powiedziała że dostałam list od szkółki jeździeckiej która chciała abym zapisała się u nich na obóz jeździecki. Bardzo się ucieszyłam tą wiadomością i odrazu powiedziałam mamie żeby mnie zapisała. Był to akurat 11 czerwca. Obóz zaczynał się 20 czerwca. Odrazu pobiegłam się pakować, choć nie miało to zupełnego sensu, nie przejmowałam się tym. W końcu nadszedł dzień, na który tak długo wyczekiwałam. Kiedy dojechaliśmy do miejsca, w którym miał rozpocząć się obóz uśmiechnełam się. I byłam bardzo, bardzo zadowolona. Podzielono wszyskich na grupy według umiejętności. Ja zostałam przydzielona do grupy średnio-zaawansowanej. Po trzech dniach okazało się że będziemy skakać. Wtedy miałam tremę. Wszyscy mnie uspokajali ale ja nadal nie chciałam skakać. W końcu udało mi się przełamać obawy i skoczyłam. Udało mi się! Zaczęłam krzyczeć. I od tego czasu nie bałam się już skakać. Zaczęłam startować w zawodach konnych i odnosiłam w nich sukcesy.


lub to


Wstałem rano do szkoły. Był to kwiecień i pogoda dopisywała. Zjadłem szybko śniadanie i pobiegłem do szkoły. Zawsze w czwartki starałem się być przed czasem, ponieważ zaczynaliśmy lekcją matematyki. Spóźnienie byłoby katastrofą, bo gdybym jeszcze tym podpadł to aż strach pomyśleć. Jedynka na koniec roku murowana, biorąc pod uwagę moje zdolności matematyczne. Stałem na korytarzu sam i czekałem na Kamila, kolegę z klasy. Kamil również nie był Pitagorasem... Na szczęście lub niestety. Długo nie czekałem, bo Kamil pojawił się kilka minut po mnie.
- Cześć - zawołał z drugiego końca korytarza.
- Siema, masz może zadanie? - spytałem z nadzieję w głosie.
- No właśnie nie bardzo...
-Kurcze, to fatalnie... znowu zarobimy pały... - powiedziałem zrezygnowany. Po chwili rozdźwięczał dzwonek obwieszczający rozpoczęcie lekcji. Z minami skazańców powędrowaliśmy pod klasę. Michalski od matmy nie spóźniał nie nigdy... Niestety... Usiedliśmy w ostatniej ławce, siedząc jak myszy pod miotłą. On jednak i tak nas zauważył.
- Abramski, do odpowiedzi - rozległo się od biurka wołanie nauczyciela. Byłem utopiony. Zerknąłem na równanie zapisane na tablicy. Cóż...
- Na co tak patrzysz, wziąłbyś się za rozwiązywanie - powiedział Michalski. Nie wiem na kogo byłem bardziej wściekły. Na siebie za ten brak talenty matematycznego, czy na nauczyciela, który ewidentnie chciał mnie upokorzyć przy całej klasie.
- Nie umiem, proszę pana... - stwierdziłem cicho.
-Może w końcu poprosił byś kogoś w klasie, żeby Ci pomógł, bo inaczej zobaczymy się w przyszłym roku w tej samej klasie - powiedział Michalski, a ja skinąłem głową. Gdyby to było takie proste już dawno bym kogoś poprosił. Nieśmiałość dawała mi się we znaki tak samo, jak brak talentu do matematyki.
Wróciłem do ławki. W piórniku zobaczyłem kartkę od Magdy. "O 15:00 na stołówce, pomogę Ci z matmą". Byłem tak zaskoczony, że nie wiedziałem, co powiedzieć. Magda? Przecież ona nawet mi "cześć" na korytarzu nie mówiła... W każdym razie zgłosiłem się punkt 15:00 na stołówce. Magda już na mnie czekała.
- Siadaj, zobaczysz, że to bardzo proste - powiedziała z uśmiechem
Usiadłem obok i słuchałem tłumaczenia. Potem rozwiązaliśmy wspólnie przykład i okazało się, że to rzeczywiście nie jest trudne. Kolejny obliczyłem już sam i nie mogłem w to uwierzyć. Magda uśmiechnięta siedziała na krześle.
- Dzięki wielkie! Naprawdę mi pomogłaś - powiedziałem.
- Nie ma sprawy... - odparła - teraz już chyba nie będziesz potrzebował pomocy, co? - spytała po chwili. Trochę zaskoczyło mnie to pytanie.
- Raczej nie... - powiedziałem - ale wiesz, może moglibyśmy zostać przyjaciółmi, jeżeli tylko się zgodzisz. Bardzo miło mi sie z Tobą rozmawia - dodałem i sam nie mogłem uwierzyć, że zdobyłem się na odwagę i coś takiego powiedziałem.
- Jasne - zawołała Magda i uśmiechnęła się. Wyszliśmy razem ze stołówki i udaliśmy się do pobliskiej kafejki na duży deser i pyszny sok.
W ten sposób udało mi się wyjść z opresji matematycznych. Michalski śmieje się, że będę drugim Pitagorasem, bo teraz zamiast o dwóje walczę o szóstkę z matematyki. A poza tym zyskałem przyjaciółkę. i wygrałem więcej niż mogło mi się wydawać...


xD Może się przyda.


wybierz sobie jakieś
2010-04-06T09:56:59+02:00
To wydarzenie miało miejsce w tamtym roku.
Przyszłam do szkoły jak zwykle na dzwonku. Zawsze z dziewczynami spóźniamy się na lekcje, ale nam to nie przeszkadza. Osobiście uważam godzinę ósmą za wysoce nieodpowiednią na zaczynanie lekcji.
Cóż. Ale nie o tym chciałam opowiedzieć. Zwykle czuję się trochę zagubiona w tym szumie i hałasie cudzych rozmów. Idę dalej. Siadam w ławce... Jak zwykle dostałam dobrą ocenę. Nie, żebym była zarozumiała. Staram się to pokonać.Nie chwalę się, nie piszczę ze szczęścia, bo w końcu już mnie nie cieszy kolejna "5" w dzienniku. Przestało mnie to bawić. Ale wystarczy, że lekko się odwrócę i już słyszę szepty "Co dostałaś?". Kiedyś moja koleżanka mówiła "Nic". Jednak było to w podstawówce, a dziewczyna nie była za bardzo lubiana, więc uznałam, ze znowu, kolejny raz z rzędu... odpowiem. Jednak wcale nie miałam na to ochoty.
Otwieram usta i już słyszę szum "Kujon", "Zołza, nie chciała mi pomóc". Przykro mi. Może nie powinnam się tyle uczyć?
To jest dla mnie trudne. Kulę się w kącie i staram uspokoić. Przecież nie zawsze tak było, nie... Kiedyś, kiedy byłam...Hm. Nawet nie wtedy. To się zaczęło pół roku temu. Zaczęłam szybciej załapywać informacje, jakoś lepiej ni szło.
Nauka sama wbijała mi się do głowy. Moi koledzy w miarę czasu oddalali się ode mnie, bo zamiast z nimi spędzać czas, ja wolałam czytać książki. Ale czy to prawdziwi koledzy? Nie wszyscy. Niektórzy nie zasługują na jedno moje spojrzenie, ale nie chcę być taka. Robię się potulna. Chyba powinnam przestać. Wychodzę ze szkoły zdenerwowana. Minę mam nietęgą, jakbym mówiła "Spróbuj się do mnie zbliżyć- zagryzę!". I może brzmi to śmiesznie, na prawdę tak też chciałam wyglądać.
Jednak w domu opanowałam się. Przecież ja nie mam odstraszać ludzi. Uśmiechnęłam się na myśl, że już piątek. Wyszłam do fryzjerki, która zmieniła mnie w ładną dziewczyną, poszłam na zakupy, ubrania zamieniły mnie w modną nastolatkę. Cudownie. "Co z tego, że w poniedziałek mam sprawdzian i nic nie umiem?"-pomyślałam. Weekend minął mi ze znajomymi. Kiedy zaczęła się szkoła skserowałam ściągę od koleżanki z ławki obok. Wszyscy się dziwili. "Jak to? TY? Ty ściągałaś?". Niestety. Wiem, że źle zrobiłam. Dostałam nawet propozycję pójścia na "szluga". Nie poszłam. Znowu stałam się nielubiana. No. Może tylko w niektórych kręgach. Wtedy też podeszła do mnie koleżanka, z którą przyjaźnię się do dziś. Wytłumaczyła mi co powinnam robić. Wprowadziła w ten świat. Od tego czasu uczę się dobrze, mam fajne oceny i jestem z siebie dumna. Przecież... Nie zawsze w kilka dni zyskuje się kolegów i dobre stopnie w dzienniku.