Odpowiedzi

2010-04-06T10:19:38+02:00
"Razu jednego byli sobie mąż i żona. Tak bardzo biedni oboje, że nawet i jeść co nie mieli. Pewnego dnia rzecze mąż do żony:
- Pójdę, żono, do Miasta, poszukam jakiej pracy, zarobię na chleb dla siebie i tobie przyślę czasem trochę grosza, żebyś i ty mogła żyć.

Opuszcza zatem chatę i idzie do Miasta. Że jednak żadnego rzemiosła nie znał, najął się panu na służbę. Harował w dzien w pocie czoła. Pani była dlań łaskawa, dawała mu coś od czasu do czasu, a on posyłał to swojej żonie. Pan natomiast okazał się skąpy i nigdy mu nic nie dawał. Zatem uzbroił się w cierpliwość i wyczekiwał, aż pan mu wypłaci zasługi. Czekał rok, czekał dwa lata, trzy lata, cztery lata, dwadzieścia lat, a pan jak mu nie płacił, tak nie płacił. Idzie doń pewnego dnia i mówi:
- Panie wypłać, coś mi wienien, bo wracam do mojej żony.

Pan odlicza mu trzysta groszy za dwadzieścia lat. Kiedy zobaczył Fryderyk - bo tak się nazywał - tak straszne skąpstwo że za dwadzieścia lat służby - słyszane to rzeczy?! - dostał wszystkiego trzysta groszy, nie rzekł ani słowa, jedno zapłakał. Bierze wypłatę i zbiera się do odejścia. Wówczas jednak woła go pan:
- Fryderyku! Fryderyku! Chodź no tu do mnie!
Zawraca i mówi:
- Słucham, panie!
- Daj mi sto groszy, dostaniesz dobrą radę! - mówi pan.
- Ależ, panie, ja... - jąka się Fryderyk.
- Nie, nie, Fryderyku, daj mi te pieniądze! - mówi pan.
Cóż miał biedak począć? Oddaje panu grosze. A ten radzi:
Nie wtykaj nosa w nie swoje sprawy, o nic nie pytaj!

Znów zbiera się Fryderyk do odejścia. Woła za nim pan:
- Chodź no tu, chodźże! Daj mi jeszcze sto groszy, dostaniesz jeszcze jedną dobrą radę!
Daje mu zatem jeszcze sto groszy. Rzecze pan:
Nigdy nie schodź z drogi, którą właśnie kroczysz!

Znów zbiera się do odejścia, srodze zawiedziony. Woła za nim pan:
- Hej, poczekaj! Daj no mi jeszcze sto groszy, dostaniesz trzecią dobrą radę!
Daje mu, a wtedy pan:
Z wczorajszym gniewem, poczekaj do jutra rana!

No i co myślisz! Bez jednego grosza poszedł, a popłakiwał tęgo przez całą drogę. Kiedy wyszedł już z tej okolicy, widzi nagle wyschłe drzewo. Demon jakiś wieszał na nim złote monety zamiast liści. Wydało mu się to dziwne, ale pomny rady pana, poszedł dalej swoją drogą, o nic nie pytając. Przeszedł mimo, aż tu woła za nim Arapis (odpowiednik arabskiego dżina):
- Podejdź no tu, no chodźże!
- Czego chcesz?
- Już dobrych dwieście lat tu jestem i czekam na kogoś, kto by szedł mimo i nie zapytał, co robię, i rzekłem sobie, że jeśli kto przejdzie, a nie zapyta mnie, to mu podaruję wszystkie te monety, popatrz tylko!, a jeśli zapyta, utnę mu głowę. Wzniosłem całą wieżę z głów i miałem nadzieję, że i ty mnie zapytasz. Wtedy bowiem mógłbym skończyć moją budowlę bo brakuje jej już tylko jednej głowy, ale skoro pisane było, że jej nie skończę, weź sobie te monety i odejdź w spokoju!

Zbiera więc monety, obładowuje nimi czerdzieści wielbłądów i rusza w swoją drogę. Nieco dalej spotyka czerdzieści wielbłądów z ładunkiem złotych monet - dziesięciną dla króla. Pozdrawia więc ludzi prowadzących wielbłądy. Mówi:
- Witajcie, przyjacielu!
- Witaj i ty, zuchu! - odpowiadają.
- Dokąd to droga? - pyta.
- Wieziemy dziesięcinę dla króla.
- Zatem przed nami ta sama droga.

A nieopodal znajdowały się rozstaje, tuż obok gospody. Mówią więc ci, co wieźli dziesięcinę:
- Chodźmy na jednego!
Wówcza przypomniał sobie Fryderyk drugą radę, żeby "drogi, którą był wybrał, nie zmieniał" i rzecze do siebie:
- Drogo za te rady zapłaciłem, no i poprzednia wyszła mi na dobre.
- Ja nie pójdę! - mówi.
A wielbłądnicy na to:
- Popilnuj nam zatem wielbłądów, pójdziemy sami.
Odeszli, ale zaraz wpadli na dwóch rabusiów, a ci ich zabili i uciekli. Fryderyk zabrał więc ich wielbłądy i poszedł do domu. Puka do drzwi, żona mu otwiera, ale go nie rozpoznała; tylko on ją poznał. Mówi jej:
- Czy wyświadczysz mi przysługę i pozwolisz przenocować u siebie, jak żem tu obcy?
Żona na to:
- Mego męża nie ma w domu, nie mogę cię wpuścić do środka, ale, jeśli chcesz, możesz przenocować w stodole.

Poszedł więc, siada. Właśnie wyjął chleb i zabierał się do jedzenia, gdy nagle widzi, jak jakiś mężczyzna wchodzi do domu jego żony, po niedługim czasie wychodzi, zostawia swoją torbę w stodole i znowu kieruje się w stronę domu. Mówi sobie:
- Więc to tak! Moja żona mnie zdradza! Mnie nie chciała wpuścić do domu, a ten jakby niegdy nic spędza u niej noc!

Chwyta strzelbę i już gotuje się go zabić. Nagle przypomina sobie radę pana, żeby "zachować wczorajszy gniew do jutra rana". Odkłada więc strzelbę i kładzie się spać. Rano wstaje i wychodzi ze stodoły. Widzi młodziana w dwudziestej wiośnie życia, jak mówi właśnie do jego żony:
- Wychodzę, matuś! W południe przyślę ci fasoli na kolację!
Odszedł syn, a wówczas Fryderyk dał się poznać żonie i żyli odtąd szczęśliwie, a my jeszcze lepiej!"
6 4 6
2010-04-06T10:24:36+02:00
Baśń pt. "Siedem kruków"

Pewien mężczyzna miał 7 synów. Ciągle jednak nie mógł doczekać się córki, a bardzo pragnął ją mieć. kiedy żona spodziewała sie dziecka, wciąż miał nadzieję, że będzie to dziewczynka.
i tak sie stało; urodziła im się córeczka. W domu nastałą wielka radość. Ale szybko okazło się, że dziecko było niezwykle słabiutkie i ojciec postanowił je jak najszybciej ochrzcić. Wysłał więc w pośpiechu jednego z synów do źródełka, aby przyniósł wody do ochrzczenia.Pozostali pobiegli z nim, a ponieważ każdy chciał pierwszy napełnić dzban, naczynie wpadło im do studni. Stali więc tak i nie wiedzieli, co czynić, a żaden nie ważył się wrócić do domu. Chłopcy wciąż nie wracali aż ojciec wkońcu stracił cierpliwość i rzekł: "Pewnie znowu się zatracili w zabawie, bezbożne chłopaki!" Wystraszył się, że dziewczynka umrze bez chrztu i w złości zawołał: "A niechby wszyscy zmienili się w kruki." Ledwo wymówił te słowa, nad swoją głową usłyszał trzepot skrzydeł, spojrzał w górę i zobaczył jak odlatuje siedem czarnych jak węgiel kruków.

Rodzice nie mogli zdjąć klątwy i choć smutni byli po stracie siedmiu synów, córeczka była ich pocieszeniem. Wnet przyszła do sił i robiła się z każdym dniem piękniejsza. Długo nie wiedziała nawet, że miała rodzeństwo, bo rodzice wystrzegali się przed, by jej o tym opowiedzieć. Aż pewnego dnia usłyszała, jak mówią o niej ludzie. Mówili, że jest wprawdzie piękna, lecz niejako winna nieszczęściu swych siedmiu braci. Strapiło ją to bardzo. Poszła więc do ojca i matki i zapytała, czy miała siedmiu braci i co się z nimi stało. Rodzice nie mogli dłużej skrywać swojej tajemnicy. Powiedzieli jej, że nieszczęście było zrządzeniem niebios, a jej narodziny jedynie niewinną okazją. Lecz dziewczyna sama robiła sobie wyrzuty dzień za dniem i wierzyła, że musi wybawić swych braci. Nie zaznała odtąd pokoju, aż pewnego dnia w tajemnicy wyruszyła w drogę by odnaleźć swych braci i ich uwolnić obojętnie za jaką cenę. Nie wzięła nic prócz obrączki swoich rodziców na pamiątkę, bochenka chleba na głód, dzbanuszka wody na pragnienie i krzesełka dla zmęczonych nóg.

Szła i szła, daleko, daleko, aż na koniec świata. Doszła aż do słońca, ale było zbyt gorące i straszne i zjadało małe dzieci. Szybko uciekła i pobiegła do księżyca, ale on był zbyt zimny, straszny i zły, a gdy zobaczył dziecko, rzekł: "Czuję, czuję ludzkie mięso." Pobiegła zatem szybko do gwiazd, Te były miłe i dobre, a każda siedziała na swym szczególnym krzesełku. Gdy wstała gwiazda poranna, dała dziecku kurzą łapkę i rzekła: "Bez tej łapki nie otworzysz szklanej góry, a właśnie w szklanej górze są twoi bracia."

Dziewczynka wzięła łapkę, zawinęła ją dobrze w chusteczkę i ruszyła w drogę. Szła aż trafiła do szklanej góry. Brama była zamknięta, więc chciała wyjąć łapkę, lecz gdy rozwinęła chusteczkę, była pusta. Zgubiła więc prezent od dobrych gwiazd. Cóż miała począć? Chciała ratować swych braci, lecz nie miała klucza do szklanej góry. Dobra siostrzyczka wzięła więc nóż i odcięła sobie mały paluszek, wsadziła do bramy i szczęśliwie otworzyła. Gdy brama się rozwarła, wyszedł jej naprzeciw mały karzełek i rzekł: "Czego tu szukasz, moje dziecko?" - "Szukam moich braci, siedem kruków," odpowiedziała. Karzełek powiedział: "Panów Kruków nie ma w domu, ale jeśli zechcesz czekać aż przyfruną, wejdź." Potem karzełek przyniósł strawę dla kruków na siedmiu talerzykach i w siedmiu kubeczkach, a z każdego talerzyka dziewczynka zjadła troszeczkę, z każdego kubeczka wypiła łyczek, do ostatniego kubeczka rzuciła zaś obrączkę, którą zabrała ze sobą.

Nagle usłyszała trzepot piór i poczuła podmuch powietrza. Karzełek powiedział: "Panowie Krukowie wracają do domu!" Wrócili i chcieli jeść i pić. Szukali swoich talerzyków i kubeczków. A wtedy mówił jeden za drugim: "Kto jadł z mojego talerzyka? Kto pił z mojego kubeczka? To były usta człowieka!" A gdy siódmy doszedł do dna swojego kubeczka, wytoczyła się w jego stronę obrączka. Obejrzał ją i poznał, że to obrączka ojca i matki i rzekł: "Boże daj, żeby tu była nasza siostrzyczka. Wtedy byśmy byli wybawieni. "Dziewczynka stała za drzwiami i podsłuchiwała, a gdy usłyszała to życzenie, wyszła przed nie i wszyscy odzyskali swą ludzką postać. Tulili i całowali jeden drugiego i w radości wrócili do domu.





;]]
5 3 5
2010-04-06T10:28:57+02:00
Sinobrody

Był sobie raz pan na wielu zamkach. Miał je po wsiach i miastach. Miał też srebrne i złote zastawy, sprzęty kryte złotogłowiem i szczerozłote karoce. Ale na nieszczęście miał też - siną brodę. Szpeciła go wielce i dawała pozór tak srogi, że wszystkie panie i panny umykały przed nim ze strachu.
Jedna z jego sąsiadek, dama szlachetnego rodu, miała dwie córki - obie skończone piękności. Sinobrody poprosił o rękę jednej z nich, zostawiając wybór matce, którą chciałaby oddać mu za żonę. Żadna z córek nie życzyła sobie tego i odrzekały się go wzajem. Żadna bowiem nie była skłonna zostać żoną jegomości z siną brodą. Odstręczało je bardziej jeszcze, że był on wprzódy wielokrotnie żonaty, a nikt nie wiedział, co się z jego żonami stało.
Sinobrody, chcąc się lepiej poznajomić z pannami, powiózł je wraz z matką, trzema czy czterema najbliższymi przyjaciółkami i kilkoma młodymi sąsiadami do jednego ze swych wiejskich dworów. Bawiono tam cały tydzień. Cały też tydzień trwały nieustanne przejażdżki, wyprawy myśliwskie, połowy, nieustanne tańce, festyny, podwieczorki. Nikt się nie kładł spać, bo całe noce upływały na figlach, które sobie wzajemnie płatano. Jednym słowem, wszystko układało się tak pięknie, aż wreszcie młodsza siostra zauważyła, że gospodarz nie ma tak bardzo sinej brody i że to pan wielce uprzejmy i elegancki.
Gdy wrócono do miasta, wkrótce odbył się ślub.
Minął miesiąc. Sinobrody oznajmił żonie, że musi wyjechać na wieś co najmniej na sześć tygodni w bardzo ważnej sprawie. Prosi ją więc, by sobie rozrywkami umilała czas jego nieobecności. Niech zaprosi do siebie przyjaciółki, niech je zabierze do któregoś z wiejskich dworów, jeśli jej przyjdzie ochota. Niech sobie niczego nie żałuje.
- A oto - powiedział wreszcie - klucze. Od dwóch komór, gdzie są sprzęty, i klucz, na który zamykam moje złote zastawy. Oto klucze od skarbca, gdzie trzymam złote i srebrne talary. I klucze od skrzyni z klejnotami. Oto wreszcie klucz otwierający wszystkie komnaty. Co się zaś tyczy tego maluśkiego kluczyka - otwiera on pokój przy końcu długiego ganku na parterze. Wolno ci otwierać wszystkie komnaty i do wszystkich wchodzić, lecz do tego pokoju - wchodzić ci nie pozwalam. Zabraniam ci tego srogo! A jeślibyś się ważyła pokój otworzyć, wpadnę w taki gniew, że możesz spodziewać się po mnie wszystkiego.
Żona przyrzekła szanować mężowskie polecenia, a Sinobrody uściskał ją, wsiadł do karocy i odjechał.
Sąsiadki i przyjaciółki żony tak były ciekawe wszystkich jej domowych bogactw, że zaraz wybrały się w odwiedziny, nie czekając nawet zaprosin. Do tej pory nie śmiały tego uczynić z powodu obecności męża, gdyż lękały się jego sinej brody.
Oczywiście, jęły zaraz przebiegać komnaty, pokoje, szatnie jedne piękniejsze od drugich. Wbiegły i do komór ze sprzętami, gdzie nie mogły się nachwalić nieprzebranego mnóstwa i piękności tkanin, łóż, kanapek, najwspanialszych świeczników oraz oprawnych w kryształ, srebro, złoto zwierciadeł, w których mogły się przejrzeć od stóp do głów. Nieustannie i bez miary zachwycały się wszystkim, zazdroszcząc szczęścia przyjaciółce. Jej jednak wcale nie bawiło oglądanie tych bogactw. Niecierpliwiła się, bo chciała czym prędzej otworzyć pokój na parterze. Tak ją ciekawość paliła, że nie bacząc na grzeczność względem gości, zbiegła po tajemnych schodach na dół, prędko, o mało nie skręciwszy ze trzy razy karku.
Dobiegła do drzwi i zatrzymała się przed nimi chwilę, rozmyślając o nakazie mężowskim i o niebezpieczeństwie, na jakie się przez nieposłuszeństwo naraża. Ale pokusa była zbyt silna, by jej nie ulec. Wzięła maluśki kluczyk do ręki i drżąc otworzyła drzwi pokoju.
W pierwszej chwili nie dojrzała nic, gdyż okna były zamknięte. Lecz po chwili spostrzegła, że całą posadzkę pokrywa skrzepła krew, w której odbijają się martwe ciała przywiązanych do ścian kilkunastu kobiet. Były to żony Sinobrodego, które poślubił i jedną po drugiej pozarzynał.
Nieszczęsna o mało sama nie umarła ze strachu i upuściła klucz, który wyjęła z zatrzasku.
Gdy nieco zebrała myśli, podniosła klucz, zamknęła za sobą drzwi i poszła do swojej komnaty. Chciała jakoś przyjść do siebie, ale nie mogła uładzić myśli: nazbyt była poruszona. Spostrzegła też, że krew splamiła klucz od pokoju. Jęła więc wycierać go. Krew jednak nie ustępowała. Daremnie myła klucz, a nawet tarła go piaskiem i gliną. Krew nie schodziła. Klucz był zaczarowany i nie sposób było całkiem go oczyścić. Gdy usunęła krew z jednej strony - występowała z drugiej.
Sinobrody powrócił z podróży już tego wieczoru, gdyż dowiedział się z listów, które otrzymał w drodze, że sprawa, dla której wyruszył, pomyślnie się zakończyła. Jego żona czyniła, co mogła, aby mu okazać, że bardzo jest uradowana z jego powrotu.
Nazajutrz Sinobrody poprosił, by mu zwróciła klucze. Oddała je, lecz tak drżącą ręką, że Sinobrody odgadł bez trudu, co jej się przydarzyło.
- Co się stało - zapytał - że nie ma tu klucza od pokoju na parterze?
- Pewno zostawiłam go w mojej komnacie, na piętrze.
- Nie omieszkajże oddać mi go niebawem.
Po takich i owakich wykrętach trzeba było jednak przynieść klucz. Sinobrody spojrzał nań i powiada:
- Dlaczego ten klucz jest splamiony krwią?
- Nie wiem - odrzekła nieboraczka blada jak śmierć.
- Nie wie pani? - powtórzył z przekąsem Sinobrody. Ale ja dobrze wiem! Chciała pani -wejść do pokoju na parterze. Pięknie! Wejdzie więc pani i zajmie miejsce wśród tych dam, które pani tam widziała.
Żona padła z płaczem do nóg małżonka, prosząc o przebaczenie i szczerze żałując swego nieposłuszeństwa. Wzruszyłaby skałę - była tak piękna, tak smutna. Lecz Sinobrody miał serce twardsze niźli skała.
- Nie ma co, proszę pani - powiada. - Musi pani umrzeć! I to zaraz!
- Skoro muszę umrzeć - odparła patrząc nań oczami we łzach - proszę o czas na modlitwę.
- Daję pani kwadrans czasu - odrzekł Sinobrody. - Ani chwili więcej.
Gdy żona została sama, przywołała siostrę i powiedziała:
- Siostro Anno (tak było siostrze na imię), siostro Anno, wejdź, proszę, na szczyt wieży i spójrz, czy nie przybywają nasi bracia. Przyrzekli bowiem, że mnie dziś odwiedzą. A gdy ich ujrzysz - daj im znak, by się pospieszyli.
Siostra Anna weszła na szczyt wieży, a udręczona nieboga wołała do niej co chwilę:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? A siostra Anna odpowiadała:
- Nie widzę nic. Tylko pył słońca drży nad ziemią, tylko trawy się zielenią.
Tymczasem Sinobrody, trzymając kordelas w garści, krzyczał z całych sił:
- Schodź no, pani, do mnie albo ja po panią przyjdę!
- Jeszcze chwilkę, jeśli łaska - odpowiadała żona. I nawoływała niegłośno:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze? A siostra Anna odpowiadała:
- Nie widzę nic. Tylko pył drży nad ziemią w słońcu, tylko trawy się zielenią.
- Schodź no, do licha! - krzyczał Sinobrody. - Schodź albo ja po ciebie przyjdę.
- Już idę - odpowiadała żona. I wciąż nawoływała niegłośno:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze?
- Widzę wielką kurzawę, która się przybliża. - Czy to jadą bracia?
- Niestety, siostro. To stado baranów.
- Czy zejdziesz nareszcie? - krzyczał Sinobrody.
- Jeszcze małą chwilkę proszę - odpowiadała żona i nawoływała niegłośno:
- Anno, siostro Anno, czy nic nie widzisz na drodze?
- Widzę dwóch jeźdźców, którzy ku nam pędzą. Ale są jeszcze daleko.
- Bogu dzięki! - krzyknęła po chwili. - Tak, to bracia! Daję im znak, by się pospieszyli.
Sinobrody tymczasem jął krzyczeć tak głośno, aż trząsł się cały dwór.
Nieszczęsna żona zeszła do niego i spłakana, roztargana upadła mu do nóg.
- Nic to wszystko nie pomoże - rzekł Sinobrody. - Trzeba umierać, moja pani!
Po czym jedną ręką chwycił ją za włosy, a w drugiej uniósł kordelas, by jej uciąć głowę. Nieboga odwróciła się ku niemu i patrząc gasnącym wzrokiem, prosiła o chwilę zwłoki, by mogła się skupić.
- Nie! Nie! - krzyknął Sinobrody. - Lepiej od razu poleć duszę Bogu, bo... - i uniósł ramię.
W tejże chwili ktoś uderzył w drzwi z taką siłą, że Sinobrody powstrzymał cios. Drzwi rozwarły się i wpadło dwóch kawalerów, biegnąc wprost na Sinobrodego z wyciągniętymi szpadami w rękach. Sinobrody poznał braci swojej żony: dragona i muszkietera. Wymknął się im z rąk. Lecz bracia popędzili za nim, następując mu na pięty, i dopadli go, nim wybiegł na ganek. Przekłuli go szpadami na wskroś i Sinobrody wyzionął ducha.
Biedna siostra była na wpół żywa z trwogi i nie miała nawet sił, by powstać i powitać braci.
Jako że Sinobrody nie pozostawił spadkobierców, żona została panią całej jego fortuny. Jedną jej część przeznaczyła na posag dla siostry Anny, którą wydała za młodego zakochanego szlachcica. Drugą część przeznaczyła na kupno rang kapitańskich dla swych dwóch braci, a z reszty wyposażyła się sama i poślubiła zacnego jegomościa, przy którym zapomniała rychło o awanturach z Sinobrodym.
4 3 4