Odpowiedzi

2010-04-11T14:00:47+02:00
Wojtek Wysocki: Czy czytywał Pan Sapkowskiego?

Grzegorz Ciechowski: Zauważyłem, że to pytanie dyżurne, które zadaje się wszystkim biorącym udział w produkcji filmu. Tak jakby znajomość książek Sapkowskiego była paszportem uprawniającym do pracy nad "Wiedźmiem".

A nie jest nim?

Niekoniecznie. Film to odrębna produkcja, tu nie pracuje się na podstawie książki tylko scenariusza. Ekipa składa się profesjonalistów i może nawet lepiej, żeby podchodzili do tematu bez obciążenia własnymi sympatiami czy antypatiami. Ja akurat zetknąłem się z Sapkowskim dopiero, gdy autor scenariusza poprosił mnie o opinię. Prywatnie; wtedy jeszcze nie byłem zaangażowany w produkcję filmu. Żeby ocenić scenariusz, musiałem więc przeczytać książkę i muszę przyznać, że nie było mi z tego powodu przykro. Nawet przeciwnie, pożałowałem, że robię to tak późno.

Mi akurat nie chodziło o sprawdzanie Pańskiego paszportu. Interesowała mnie raczej Pana opinia na temat literatury fantasy. I w Republice i na solowych albumach pisał Pan teksty mocno osadzone na Ziemi...

Wydaje mi się, że w jakimś stopniu wszyscy lubią taką literaturę, już choćby poprzez pamięć bajek, które czytano nam w dzieciństwie. Przyznam, że nie czytałem w życiu zbyt wiele fantasy, ale do dziś pamiętam jak ogromne wrażenie wywarł na mnie swego czasu Tolkien. Ta niesamowita umiejętność budowania równoległych światów, angażowanie wyobraźni... Wydaje mi się, że Sapkowski posiada podobny talent.

A tak generalnie, co lub kogo najchętniej Pan czyta?

Wie Pan, było tyle książek, które były dla mnie ważne na różnych etapach życia, że nie potrafię podać jednego autora. Pierwszym, którego pamiętam z dzieciństwa, to Karol May i jego "Winnetou" - to dzięki niemu stałem się molem książkowym. Ale później było tego tak wiele... W ogóle koniec lat 60. i lata 70. były okresem bardzo intensywnego czytelnictwa. I nie mówię tu tylko o sobie. To były takie czasy, kiedy okresowo panowały mody na literaturę jakiegoś kraju albo jakiegoś autora. To były mody porównywalne swoim zasięgiem z dzisiejszymi modami na wykonawców muzyki popularnej. Każdy wtedy wiedział, kim na przykład jest Marquez.

Wróćmy do "Wiedźmina". Wspomniał Pan o talencie Sapkowskiego do angażowania wyobraźni i przenoszenia czytelnika do jakiegoś równoległego świata. Czy film ma ten sam atut?

Ja już nie potrafię na to spojrzeć obiektywnie. Uczestniczyłem w zdjęciach i produkcji, przyglądałem się pracy ekipy i jestem zainfekowany emocjonalnie. Mogę tylko z całą pewnością powiedzieć, że zaangażowanie ekipy było niezwykłe. Michał Żebrowski na osiem miesięcy dosłownie stał się Wiedźminem: widziałem, z jakim zapałem ćwiczył Aikido, jak przygotowywał się do roli... Uważam, że trafiła mu się rola życia i wykorzystał ją w pełni.

Mimo presji fanów Sapkowskiego?

Chyba właśnie dzięki tej presji. Im częstsze i im bardzie absurdalne były ataki, tym intensywniej ćwiczył. Czytelnicy Sapkowskiego bali się, że będzie to powtórzenie jego roli w "Panu Tadeuszu" tyle, że z większą ilością walk na miecze. Nic bardziej błędnego; Żebrowski jest tu Wiedźminem.

A Pan jako autor muzyki odczuwał w jakiś sposób tę presję?

To była presja innego rodzaju. Czytelnik Sapkowskiego ma jakąś wizję postaci występujących w książce, scenerii czy sytuacji - chociaż muszę powiedzieć, że Sapkowski wcale nie zawsze zamyka swoje postacie w wyraźnych ramach - ale przecież nikt nie ma wizji muzyki. Myślę, że raczej sam wywierałem na siebie presję. Widząc zapał ekipy, bałem się, czy będę w stanie dotrzymać im kroku. Proszę pamiętać, że ja w zasadzie przystępowałem do pracy po ukończeniu filmu. Oczywiście wcześniej zbierałem pomysły i kreśliłem sobie jakąś wizję muzyki, ale nie precyzowałem jej. Obserwując więc przez kilka miesięcy pracę aktorów i wszystkich innych ludzi zaangażowanych w produkcję, stopniowo narastały we mnie obawy.

"Wiedźmin" jest filmem trochę przygodowym, trochę romantycznym, a trochę patetycznym. Które wątki chciał Pan podkreślić, komponując muzykę?

Jak Pan sam powiedział, wątków filmu jest kilka i podobnie niejednoznaczna jest muzyka. Jest bardzo eklektyczna, przewija się tutaj i muzyka chóralna, i tematy smyczkowe, i śpiew operowy, ale również tematy głęboko etniczne. Ostatecznie muzyki w filmie jest dużo, co jest dla mnie sygnałem, że wstrzeliłem się w oczekiwania autorów.

Jako kompozytor i producent jest Pan od jakiegoś czasu zainteresowany nowoczesnymi brzmieniami: nową elektroniką, trip hopem... Na ile te zainteresowania odbijają się w muzyce do "Wiedźmina"?

Trochę tego rzeczywiście jest, ale chyba raczej w technice pracy nad muzyką, a nie w ostatecznym efekcie. W tej chwili pracuję nad nową Republiką i kilkoma innymi projektami, w których mogę sobie pozwolić na rozwijanie tych zainteresowań. W tym przypadku starałem się inspirować przede wszystkim obrazem, a nie gatunkami muzycznymi. Nowoczesny sprzęt stanowi dość dużą pokusę dla kompozytora. Nie muszę na przykład ściągać do studia wiolonczelisty, bo mogę zaprogramować niemal idealne brzmienie wiolonczeli elektronicznie. Oczywiście kryje się tu pułapka, w którą staram się nie wpaść; o ile mogę zaprogramować brzmienie wiolonczeli, o tyle nigdy nie zastąpię emocji i osobowości wiolonczelisty...

"Wiedźmin" jest opowieścią dziejącą się co prawda w czasie mitycznym, ale jednak w scenerii średniowiecza. Czy na soundtracku odnajdziemy jakieś elementy muzyki średniowiecznej?

Bezpośrednio nie, ale jest za to dość dużo elementów muzyki etnicznej, co wprowadza, jak sądzę, pewną atmosferę tamtych czasów.

Są dwie szkoły patrzenia na polskie superprodukcje. Jedni podkreślają, że kręcąc je wychodzimy poza zaścianek Europy Wschodniej, skutecznie konkurując z produkcjami światowymi; inni odwrotnie, wskazują, że w ten sposób pogłębiamy własną zaściankowość, kopiując w gorszym stylu pomysły filmowców zachodnich. Co gorsza, torpedując tym samym młodych i oryginalnych twórców. Jakie jest Pańskie zdanie o krajowych superprodukcjach?

Ja myślę, że nie można tak generalizować. Trudno na przykład porównywać "Wiedźmina" z "Quo Vadis", którego cała promocja polegała właśnie na powiedzeniu ludziom, że film warto zobaczyć, bo jest najdroższy. W przypadku "Wiedźmina" pieniędzy było niezbędne minimum. Były momenty, w których autorzy musieli szukać tańszych rozwiązań.

Rozrzutności Pan nie odczuł?

Z całą pewnością nie.