Odpowiedzi

2009-11-03T18:46:44+01:00
Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Nie wahałem się ani chwili. Czym prędzej czmychnąłem do parku, choć copiątkowa średnioterminowa prognoza była niezbyt pomyślna. Parkowe alejki na wpół przykryte sczerwieniałymi liśćmi, wyblakłe, niemalże zsiniałe kory drzew, gdzieniegdzie porozrzucane, nieheblowane deski nie sprawiały jeszcze przygnębiającego wrażenia. Gdzieś w dali ćwierkały czyżyki, potrzeszcze, strzyżyki, woleoczka, uhle i nurzyki.

Różowo-żółte paski mojej czapki aż żarzyły się w promieniach czerwonawożółtego słońca, które, baraszkując z chmurkami, świeciło mi prosto w oczy, skutecznie utrudniając dostrzeżenie czegokolwiek.

Naprzeciwko starej wierzby zobaczyłem jednak nowo wybudowaną altankę. Półprzytomnie powlokłem się w jej kierunku. Tu już nie dochodził do mnie arcywzburzony uliczny żywioł. Rześkie powietrze, wszechobecna cisza naprawdę leczyły moje poharatane nerwy. Pokrótce wspominałem moje wojaże.

Najlepsza Odpowiedź!
2009-11-03T18:47:13+01:00
Oto trzej starzy przyjaciele: podający się za wicehrabię zażywny Zabużanin, zawsze w tużurku; eksmarynarz, który jako bosmanmat służył na krążownikach i trałowcach, a dziś nosi się skromnie, choć chędogo – oraz podstarzały playboy, który, choć jest półgłuchy i niedowidzi, zachował wszakże rześkość i epatuje ekstrawaganckim przyodziewkiem. Zżyci z dawien dawna, zjeżdżali się na niemalże regularnych cotrzytygodniowych balangach – czasem to było garden party, kiedy indziej barbecue, nieraz zwykła bibka – na ogół w co trzeci czwartek, wpół do czwartej, do podszczycieńskiej nadleśniczówki, dokąd zmierzali chyżo, wszyscy spoza granic województwa warmińsko-mazurskiego, a jeden aż z Huculszczyzny. Można by było mniemać, że ta bądź co bądź ponadpółwieczna przyjaźń, scementowana hektolitrami piwa i kwintalami combrów i pieczeni, jest dla nich li tylko źródłem niewyczerpanej frajdy. Niestety, od niedawna wszystkie w ogóle ich dysputy, nawet na temat ich hobby: rybołówstwa i myślistwa, zaczęły, jakby na przekór, rodzić dysharmonię, niesnaski, nawet swary. Doszło do tego, że już od początku każdy był z lekka podenerwowany i czyhał na blamaż innego. Na koniec doszli nareszcie wespół do konkluzji, że kontynuowanie tych konwentykli jest bezsensowne. Gdybyż sprawa była tak prosta! Niezadługo skonstatowali, że bez siebie skapcanieją i zdziadzieją w trójnasób rychlej. Cóżby im mogło zastąpić spotkania? Otóż wszechobecny Internet, w którym mogą tak łatwo siebie wzajem odnaleźć, spotkać i nie nazbyt szybko się żegnać. Dziś już się nie handryczą o byle co, a jeśli nawet się czasem poprzekomarzają, to łatwo im wrócić do zgody. Tylko piwo piją już każdy na własną rękę.