Odpowiedzi

2009-11-04T15:04:05+01:00
Czwartej nocy po powrocie Alexandra Cecylia zauważyła światło pod jego drzwiami.

Leżała przez chwilę, wpatrując się w jasną smużkę, po czym wstała i zastukała.

- Proszę - powiedział głębokim głosem, krótko i niezbyt zachęcająco.

Cecylia wślizgnęła się do pokoju i zamknęła za sobą niebywale rzadko używane drzwi, łączące ich sypialnie.

Alexander leżał jak zwykle na plecach, ramionami oplatał głowę tak, że nie było widać twarzy. Przy łóżku paliła się świeca.

- Nie możesz spać? - zapytała cicho, choć w tym skrzydle domu nie było nikogo, więc nikt nie mógł ich słyszeć.

- Nie mogę, ale nie chciałem cię budzić.

- Nie spałam.

Usiadła na fotelu i podkurczyła nogi.

Alexander niechętnie zdjął ręce z twarzy. W blasku świecy wyglądał na bardzo zmęczonego i wyczerpanego.

- Dzisiaj chłodno w domu. Zima. Zmarzniesz.

Cecylia przyjęła to jak wyzwanie.

- Czy mogę do ciebie na chwilę przyjść?

Alexander roześmiał się.

- Niczym nam to chyba nie grozi.

Przytuliła swoje stopy do jego nóg. Są zupełnie bezwładne, jak martwe, pomyślała i pospiesznie cofnęła nogi. Wyciągnęła się obok męża na plecach.

- Jak ciepło i wygodnie jest w twoim łóżku.

- Naprawdę? - uśmiechnął się. - Nigdy jeszcze tak nie leżeliśmy razem, ty i ja.

- No właśnie.

I to nie z mojej winy, pomyślała.

Alexander wziął ją pod kołdrą za rękę.

- Tak mi przykro z twojego powodu. Mam na myśli dziecko. Czy bardzo cierpisz?

Teraz Cecylia trzymała jego rękę, więc nie mógł jej cofnąć.

- I tak, i nie. Odczuwałam czułość dla tej małej istotki. To był ktoś, kto naprawdę potrzebował mojej troskliwości. I mogłabym dać dziedzica twojemu nazwisku, gdyby urodził się chłopiec.

To był chłopiec, pomyślał Alexander.

- Całkiem zapomniałam o jego prawdziwym ojcu, który zresztą nigdy nie znaczył dla mnie wiele, był po prostu przyjacielem. Ale mimo wszystko... Sama nie wiem, Alexandrze. Fakt, że dziecko nie było twoje, mógł w przyszłości stwarzać problemy.

- Co masz na myśli? Dla kogo?

- Wydaje mi się, że dla mnie. Zastanawiam się po prostu, czy bym się nie bała, że możesz je traktować jak kukułcze jajo czy coś w tym rodzaju.

- Nie sądzę, żeby tak mogło być.

- Chyba masz rację, ale trudno by mi było się pozbyć niepokoju.

- Uważasz zatem, że to, co się stało, jest najlepszym rozwiązaniem?

- Nie. To była tragedia. Dla mnie. Te wszystkie myśli przychodziły mi do głowy, bo szukałam jakiejś pociechy. Albo może...

- Dlaczego zamilkłaś? Co chciałaś powiedzieć?

- Czy pamiętasz, co ci opowiadałam o czarownicy Sol? Ona miała córeczkę, Sunnivę. Ale nie mogła tego dziecka kochać, żywiła do niego tylko czułość. Bo nienawidziła jego ojca.

- Czy ty nienawidzisz pastora?

- Nie, ja odczuwam upokorzenie, ale to prawie takie samo zło.

jakiś czas leżeli w milczeniu.

- Dlaczego nie mogłeś spać?

- O, to chyba nietrudno zrozumieć.

- Tak, to głupie pytanie. Alexandrze, Ursula opowiadała mi o twoim dzieciństwie.

Alexander gwałtownie odwrócił głowę.

- Po co ona wywleka takie rzeczy?

- Więc ty jednak pamiętasz?

- Oczywiście, że pamiętam.

Cecylia poczuła się dotknięta.

- Ale mnie mówiłeś...

- Kochana Cecylio, ja cię nie okłamałem. W każdym razie nie wprost. Ty zrozumiałaś, że ja te wspomnienia wymazałem z pamięci, jakby ich w ogóle nie było, prawda?

- Tak. Tak myślałam.

- Ale tak nie jest. Pamiętam wszystko przeraźliwie wyraźnie, tylko że te wydarzenia powinny być zapomniane, rozumiesz? Sam sobie zabroniłem kiedykolwiek o nich wspominać. One nie istniały!

- Rozumiem, ale praktycznie biorąc, to nie by...

Przerwał jej gwałtownie.

- Dlatego mówiłem, że nie pamiętam.

Cecylia milczała przez chwilę.

- No, ale teraz, kiedy już wiem wszystko...

- Znasz wersję Ursuli. Nie moją.

Cecylia znowu milczała przez chwilę, nim podjęła kolejną próbę.

- Czy nie uważasz, że mam prawo usłyszeć także twoją wersję?

- Och, na co się to może zdać?

- Pomoże mi zrozumieć.

- Cecylio, stworzyłaś sobie jakąś niemądrą teorię, że ja mógłbym się odmienić. Niczego takiego sobie nie wyobrażaj, nigdy do tego nie dojdzie. A zresztą jakie by to mogło mieć znaczenie teraz?

- Nie powinieneś być taki rozgoryczony, Alexandrze. Ale rozumiem, oczywiście, że mnie łatwiej jest mówić. Nie, ja chcę wiedzieć, co się stało, bo mnie interesujesz. Jako człowiek. A tyle jest tajemniczych spraw w twoim życiu.

- Pozwól mi więc pozostać trochę tajemniczym!

- Trochę tajemniczym? Alexandrze, uważam, że ty od początku byłeś całkiem normalny, jeśli chodzi o stosunki między mężczyzną i kobietą. Przecież tak często zakradałeś się do tego strasznego gabinetu swego ojca. Lubiłeś patrzeć na nagie kobiety, wykazywałeś zainteresowanie, które jest czymś naturalnym dla małego chłopca. A zatem byłeś...

- Nie, nie - przerwał jej Alexander. - Popełniasz błąd. Ja nigdy nie lubiłem tych malowideł.

- To dlaczego chodziłeś do tamtego pokoju?

- Bo matka mnie do tego zmuszała. Dla przestrogi i żeby wzbudzić we mnie lęk. Patrz na te wstrętne istoty, mawiała do mnie. Trzymaj się z dala od wszystkich kobiet, synku, zostań na zawsze ze swoją mamą! Nigdy, nigdy nie opuszczaj matki, Alexandrze!

- A więc to matka sprawiła, że twoje życie uczuciowe tak się ułożyło?

- Nie, Cecylio. Nie, to jest dużo bardziej skomplikowane. Nie próbuj sprowadzać wszystkiego do kłopotów psychicznych.

- Ale sam przyznajesz, że nie urodziłeś się taki!

- Skąd można wiedzieć, jaki się będzie miało stosunek do spraw miłości, kiedy się ma sześć lat? Nie zwraca się przecież wtedy na coś takiego uwagi!

- Owszem, masz rację. Ale, w takim razie, jak do tego doszło? Kiedy został popełniony błąd?

- Czy błąd musiał być popełniony? Nie możesz po prostu przyjąć, że jestem taki, jaki jestem?

- Ja chcę wiedzieć, co się stało!

- Och, to takie skomplikowane, nie pamiętam wszystkiego. Tylko fragmenty wydarzeń.

- No to opowiedz o tym, co pamiętasz!

- Jesteś najbardziej dociekliwą osobą, jaką spotkałem!

Cecylia czekała, pełna wątpliwości, ale nadzieja jej nie opuszczała, bo teraz on trzymał jej rękę.

W końcu zaczął mówić:

- No więc pamiętam strach matki, że ją opuszczę. W jakiś sposób mogę to zrozumieć. Straciła pozostałe dzieci, a ojciec zupełnie nie zwracał na nią uwagi.

- Naprawdę?

- Tak. Wiesz, kiedyś matka wysłała mnie do pokoju z malowidłami, żeby obrzydzić mi wszystkie kobiety... i zastałem tam... Tak, był tam ojciec. Rozebrany. Z dwoma nagimi kobietami. To wtedy kazał mnie wychłostać.

- Czyli twoja matka nie wiedziała o tych kobietach?

- Nie wiem. Może posłała mnie tam celowo, a może nie domyślała się niczego. To zresztą nieistotne dla mojego nieszczęścia.

- Oczywiście. I dostałeś wtedy te dziesięć batów?

- Nie.

- To znaczy, że mam rację. Myślę o tym służącym, który miał cię wychłostać.

- Nie zgadzam się z twoją teorią, ale tak, obiecał, że mógłbym uniknąć kary, gdybym zgodził się świadczyć mu pewne usługi.

Cecylia skinęła głową.

- Tak jak myślałam. Więc to się tak zaczęło?

- Tak. Sześć lat piekła, Cecylio. Powinienem był wziąć te baty, ale byłem dzieckiem i bałem się. Stchórzyłem. Robiłem, co mi kazał. Z początku budziło to we mnie taki wstręt, że czułem się chory, z czasem jednak przywykłem. Straszył mnie. Wymyślał najokropniejsze kary, gdybym się wygadał, ale też i nagradzał, kiedy robiłem, o co prosił. Te kary, którymi mnie straszył, były po prostu śmieszne. Tylko że ja byłem mały i głupi i wierzyłem mu.

- I w końcu zostaliście odkryci?

Po tym nieoczekiwanym pytaniu zamilkł na moment.

- Tak, to była straszna scena. Nigdy tego nie zapomnę, choćbym nie wiem jak bardzo chciał. Moja niezrównoważona matka wtedy się załamała, Cecylio. Postradała zmysły i w rok później zmarła. Ja zaś odpowiedzialnością za jej śmierć obciążałem siebie.

- A służący?

- Został powieszony.

- O, Alexandrze, przez jakie piekło musiałeś przejść!

Jego milczenie było potwierdzeniem.

Cecylia odwróciła się ku niemu.

- Teraz znacznie lepiej rozumiem twoją rozpacz, kiedy odkryłeś, że nie jesteś w stanie kochać dziewczyn, a masz skłonności do chłopców.

- Tak. To, że służący wykorzystywał mnie w dzieciństwie, nie minęło bez śladu. A może to było moje obrzydzenie do tych wizerunków kobiet z pokoju ojca? Albo może przygody mojego ojca z innymi kobietami?

- A może wszystko razem?

- Najprawdopodobniej tak. Albo, czego też nie należy wykluczać, moje wrodzone skłonności. Nic o tym nie wiemy. A to, Cecylio...

Ja w to nie wierzę, myślała uparcie.

Alexander odwrócił się do niej tak bardzo, jak tylko mógł, i całą garścią chwycił jej włosy, jakby chciał ją ostrzec.

- Cecylio, starasz się znaleźć przyczynę mojego stosunku do kobiet. Być może odkryjesz ją, a być może nie. Ale to ci nie daje prawa, by pogardzać tymi, którzy przynieśli ze sobą na świat odmienny pogląd na miłość. Ty, silna i wszystko rozumiejąca, nie masz prawa nas oceniać! Ty nie! Dosyć bólu sprawiają nam swoimi osądami, nienawiścią, niechęcią i wstrętem zwyczajni ludzie. Rozumiesz to?

Ze ściśniętym gardłem skinęła głową.

- Wierz mi, nigdy nikogo nie będę osądzać.

- Istnieją między nami źli i dobrzy, dokładnie tak jak wśród was. Nasza sytuacja nie stanowi usprawiedliwienia dla złych postępków. Większość z nas jednak to zwyczajni, uczciwi ludzie. A teraz rozumiesz chyba, że nigdy nie stanę się inny. Zresztą nie chcę. Wy bardzo byście chcieli „zbawiać” nas, nieszczęsnych. Ale my nie jesteśmy nieszczęśliwi. My nie chcemy być tacy jak wy. Kiedy zaakceptujemy naszą sytuację, Cecylio, jesteśmy szczęśliwi. Gdybyśmy tylko mogli żyć w spokoju! To wy jesteście naszym wielkim problemem. Te bezwstydne polowania na nas, na wszystkich, którzy są odmienni. Choć dla mnie osobiście nie to już teraz nie znaczy. Moja przyszłość...

Zamilkł.

Cecylia leżała bez ruchu i próbowała stłumić w sobie współczucie dla niego.

W końcu powiedziała:

- Tam, na wojnie, spotykałeś wyłącznie mężczyzn. Czy odczuwałeś pociąg do któregoś z nich?

- Nie - roześmiał się. - Jedyny człowiek, jaki mnie tam obchodził, to Tarjei, twój kuzyn, ale to dlatego, że przypominał mi ciebie pod tak wieloma względami.

- Więc ja ciebie obchodzę? - zapytała przekornie.

Uścisnął jej rękę.

- Przecież wiesz, że tak jest. Obchodzisz mnie jako mój najlepszy przyjaciel. Tak samo zresztą jak ja obchodzę ciebie.

Powinna była chyba pójść już do siebie i pozwolić mu spać, ale nie chciała utracić tego poczucia wspólnoty, jakie wytworzyło się między nimi.

- Czy naprawdę całkiem nie masz czucia w nogach?

- Naprawdę.

- Nic a nic nie czujesz?

- Nic. Od pasa w dół jestem jak martwy. Jedyne, co czułem, to od czasu do czasu jakieś ledwo zauważalne mrowienie w prawej nodze.

Cecylia wsparła się na łokciu.

- A więc jednak coś!

- Cecylio, kochanie, to nic nie było, prawie niezauważalne odczucie! Tarjei o tym wie, powiedziałem mu, on to nazywa fantomem bólu. Pewnie słyszałaś o czymś takim. O tym, że żołnierz, który stracił rękę lub nogę, nagle czuje ból w palcach, których już nie ma. To dziwne zjawiska, ale bardzo częste. Ja zresztą nigdy bólu nie czułem. Tylko jakieś drgnienia albo dreszcze. Tak jakby mrówka chodziła po nodze, nic więcej.

- Ale czy czułeś to w środku? W nodze?

- O Boże, Cecylio, nie próbuj znowu mnie uzdrawiać. Czasami bywasz dość męcząca.

Cecylia jednak wyskoczyła już z łóżka i stanęła w jego nogach. Zauważyła, że podłoga jest bardzo zimna, ale się tym nie przejmowała.

- W prawej nodze, powiadasz?

- Cecylio, proszę cię! To na nic, budzisz tylko nadzieję tam, gdzie żadnej nadziei nie ma.

Ona jednak nie słuchała męża.

- Czy mogę sobie pożyczyć twoje pantofle? Dziękuję. O, jakie wielkie, ale przyjemne dla zmarzniętych stóp!

Zaczęła go szczypać w nogę, miejsce przy miejscu, od palców aż po uda. Żadnej reakcji nie było.

- Tylko siniaków mi narobisz - skarżył się.

Ale Cecylia nie zamierzała zrezygnować.

- Zegnij palce! - poleciła.

- Nie bądź niemądra!

- Zegnij palce! Spróbuj! Przekonaj się sam, że możesz, i tak napnij wolę, żebyś mógł zgiąć palce!

Przez chwilę Alexander leżał bez ruchu. Po wyrazie jego twarzy poznawała, że naprawdę próbuje. Palce jednak ani drgnęły. Nic, najmniejszego ruchu.

- Cecylio, nie męcz mnie!

- Czy próbowałeś już kiedy to robić?

- Czemu by to miało służyć? Tarjei nakłuwał mnie całego, a ja niczego nie poczułem.

- Ale on nie prosił cię, byś zaangażował także wolę.

- Oczywiście, że nie! To, co umarło, jest martwe.

- W porządku. Wobec tego spróbujemy czego innego.

Podniosła w górę jego prawe kolano, jedną dłoń podłożyła mu pod stopę, a drugą wspierała bezwładną nogę.

- Przyciskaj stopę do mojej dłoni - poprosiła.

Alexander syknął coś przez zęby pod jej adresem, ale ona, ku swemu zadowoleniu, nie zrozumiała, co powiedział.

- Spróbuj - poprosiła znowu. - Skoncentruj na tym całą swoją wolę.

- Robię co mogę.

- Nic nie robisz! Jesteś tylko na mnie zły! Wobec tego przyciskaj po prostu ze złości!

- Czy ty niczego nie rozumiesz? Ja już nie mam nóg!

- Owszem, masz! Kiedyś były długie, piękne i silne, teraz są zwiędłe i słabe jak chora roślina. Ty, który umiałeś fechtować jak młody bóg, ty, który...

- Bogowie nie fechtują.

- Alexandrze, spróbuj. Zrób to dla mnie! Przecież nie poprawi ci się, jeśli będziesz tylko tak leżał.

- Jaki ty masz interes w tym, żeby mi się poprawiło? Tylko po to, bym mógł znaleźć sobie nowego przyjaciela i upokorzyć cię? Czy nie byłoby dla ciebie lepiej, gdybym leżał sparaliżowany i bezradny, zdany na twoją łaskę? Przynajmniej jestem ci wierny.

Cecylia puściła jego nogę.

- Teraz jesteś wstrętny! Czy nie możesz sobie wyobrazić, że życzę ci jak najlepiej? Sprawia mi ból patrzeć, jak leżysz tu zgnębiony i smutny. Czy to takie dziwne? Dlaczego musisz wszystko tak utrudniać, ty przebrzydły uparciuchu?

Kąciki ust zadrgały mu od śmiechu.

- Jesteś absolutnie wspaniała, Cecylio. Wyglądasz teraz jak piękna wiedźma z oczami płonącymi gniewem i włosami skrzącymi się w blasku świecy.

Cecylia roześmiała się także.

- Przypuszczam, że jestem podobna do Sol. Kiedy czuję się tak jak ona, klnę jak woźnica. Wybacz!

- To ja powinienem prosić o wybaczenie. Miałaś prawo się rozzłościć. No, ale teraz możemy chyba spróbować - dodał pojednawczo.

Zadowolona, że Alexander chce współpracować, znowu uniosła jego nogę.

Ćwiczyli tak przez godzinę, żadnego rezultatu jednak nie osiągnęli. Z wyjątkiem tego, że koncentracja i napięcie woli zmęczyły oboje.

- Mimo wszystko jest z tego pożytek - westchnął Alexander, gdy Cecylia dała nareszcie za wygraną. - Teraz jestem tak zmęczony, że natychmiast zasnę.

- Ja też. Dobranoc, Alexandrze! Tu są twoje kapcie. Ogrzane, ale i rozdeptane. Jutro spróbujemy znowu. I będziemy próbować codziennie.

- Nadzorczyni niewolników - mruknął Alexander, lecz jego stosunek do ćwiczeń nie był już taki niechętny.

Cecylia powstrzymała się, by go nie pogłaskać czule na dobranoc. Zdawała sobie jednak sprawę z tego, gdzie przebiega granica.

Cecylia dotrzymała obietnicy. Każdego dnia przychodziła do pokoju męża, kiedy leżał jeszcze w łóżku. Szczypała go w nogę, prosiła, żeby nią poruszał i by starał się przyciskać stopę do jej dłoni. Nic nie wskazywało na to, że starania przynoszą jakiekolwiek rezultaty, lecz ona nie ustępowała. Alexander przestał protestować, uważał widocznie, że powinien się poddać swemu losowi. Zastanawiał się tylko w duchu, jak długo Cecylia wytrwa.

Był natomiast bardzo szczęśliwy, że może jadać posiłki przy stole. I uczył się używać rąk zawsze, gdy było to możliwe. Wieczorami oboje grywali w szachy lub w jakieś inne gry, w ciągu dnia robili małe wycieczki po okolicy - albo Cecylia popychała wózek, albo robił to Wilhelmsen, a ona szła obok.

Niekiedy zapraszali sąsiadów i przyjaciół z okolicy, by Alexander miał trochę odmiany. Te wizyty zdawały się go ożywiać, lecz potem popadał w przygnębienie. Goście rozmawiali o świecie, który przed nim był zamknięty.

Z dworu wciąż nadchodziły błagania, by Cecylia wróciła do królewskich dzieci, które tęskniły do jej życzliwości i spokoju. Ona jednak konsekwentnie odmawiała. Jej miejsce było teraz u boku Alexandra.

Od czasu do czasu mimo wszystko zostawiała go samego, składała nawet jakieś wizyty. Nie można przesadzać z ciągłą obecnością, myślała. Trzeba mu dać okazję, by za mną zatęsknił raz czy drugi.

I rzeczywiście tak chyba było. Rozjaśniał się zawsze na jej widok i miał jej dużo do powiedzenia. O majątku albo o jakiś drobnych wydarzeniach. Codziennie chciał robić spacery i bardzo lubił siadywać w słońcu. Nie był już taki przygnębiony, a to chyba dobry znak.

Na początku lata 1626 roku mieli odwiedziny.

Liv i Dag mogli nareszcie urzeczywistnić marzenia i pojechać do Danii, by zobaczyć swoją doświadczoną przez los córkę. Tak o niej myśleli, bo czyż najpierw nie straciła dziecka, a później mąż nie wrócił z wojny sparaliżowany? Nie, nie uważali, że Cecylia jest szczęśliwa. Owszem, była chciana, potrzebna, a niekiedy miała powody, by uważać, że jest niezastąpiona! Taka świadomość miła jest wszystkim ludziom, Cecylia nie stanowiła pod tym względem wyjątku.

I tylko ciche samotne noce znały jej wielkie zmartwienie, na które jednak nie było żadnej rady.

Rodzice przywieźli ze sobą Kolgrima, który bardzo tęsknił za Cecylią.

O, co za radość widzieć ich znowu! Cecylia szczebiotała i kręciła się niepotrzebnie po domu, bo w głowie miała mnóstwo spraw, o których chciała opowiedzieć, więc wciąż zapominała, dokąd i po co idzie. Alexander przyglądał jej się ze swojego fotela z pełnym czułości rozbawieniem.

Mama Liv była taka jak zawsze. Ciepła i pełna wyrozumiałości, a jako jedna z Ludzi Lodu zachowywała młodość dłużej niż inni. Jednak asesor Dag Meiden postarzał się wyraźnie. Przerzedzone włosy posiwiały, a nawet zaczął tracić tę dodającą mu powagi krągłość, z której Cecylia żartowała sobie podczas ostatniej wizyty w domu.

Ojciec się starzeje, myślała zgnębiona. Nie chcę, żeby tak było. Nie mój dobry, wspaniały ojciec, który zawsze z taką uwagą słuchał o drobnych zmartwieniach moich i Taralda, a potem decyzje w każdej sprawie zostawiał mamie.

Czterdzieści pięć lat minęło od tamtej nocy, kiedy pewna młoda dziewczyna, Silje, znalazła dwoje dzieci, dwuletnią dziewczynkę i noworodka, i ochrzciła je imionami Sol oraz Dag. Tej nocy Tengel zaopiekował się nimi wszystkimi. Tej nocy Silje uratowała utrapienie Ludzi Lodu, Heminga Zabójcę Wójta, od stryczka. Tego Heminga, który stał się nieszczęściem Sol; ojca Sunnivy i dziadka Kolgrima.

Wszyscy oni odeszli już z tego świata. Wszyscy, z wyjątkiem Daga i Kolgrima.

Liv... owoc miłości Tengela i Silje.

Byli teraz tutaj, u Cecylii. Dag, Liv i Kolgrim.

Are, drugie dziecko Tengela i Silje, pozostawał, jak zawsze, trochę na uboczu, choć teraz, po śmierci Tengela, był głową rodu. Spośród trzech synów Arego, Trond i Brand nie mieli z Cecylią wiele wspólnego. Tylko z najstarszym, Tarjeim, czuła się blisko spokrewniona.

Trond także odszedł już z tego świata, dotknięty przekleństwem Ludzi Lodu.

Czuła piekący żal z powodu jego losu. Ale może dla niego to lepiej, że wszystko stało się tak szybko?

Domem Tengela i Silje była Lipowa Aleja, gdzie teraz mieszkał Are ze swoją Metą. Centrum życia rodu stało się Grastensholm, które Dag odziedziczył po swojej matce, Charlotcie Meiden. Choć może to tylko Cecylii tak się wydawało, bo oceniała sprawy ze swojego punktu widzenia? Tarjei, na przykład, uważał zapewne, że Lipowa Aleja jest centrum świata, ponieważ to jego dom.

Dag i Alexander porozumieli się znakomicie. Cecylia widziała, że mężowi sprawiają przyjemność rozmowy z doświadczonym, oczytanym człowiekiem, jakim był jej ojciec.