Odpowiedzi

2010-04-13T23:53:01+02:00
Znieczulica, uznawana dziś jest za chorobę społeczną. Chorobę, z której ludzie zdaje się, nie chcą wyzdrowieć. Całkowita obojętność, brak zainteresowania, brak ludzkich uczuć mogą odwrócić się przeciwko nam, kiedy to my będziemy potrzebować pomocy. Niedzielne, jesienne popołudnie parę lat wstecz... Zaczęło się już robić szarawo na ulicach jednej z krakowskich dzielnic. Dzień jak co dzień. Razem z rodzicami i młodszym bratem właśnie wracałam do domu, po wizycie u znajomych. Nie było jeszcze późno, może około 17-ej godziny. Wsiedliśmy w tramwaj, za jakieś 15 minut mieliśmy być na miejscu. W tramwaju niewiele osób, głównie starsi ludzie, jakieś małżeństwo z bukietem kwiatów, najpewniej wybierające się na imieniny do znajomych, kilku, może kilkunastu młodych mężczyzn, dwie lub trzy nastoletnie dziewczyny. Na jednym z przystanków do tramwaju wsiada grupa pięciu młodych chłopców, może mieli po 16, 17 lat. Młodzi mężczyźni od razu wzbudzili zainteresowanie, a raczej przerażenie wśród pasażerów. Wszyscy opatuleni w klubowe szaliki, dwóch z nich w kominiarkach, reszta w kapturach na głowach. Stali na środku tramwaju i w ciszy rozglądali się po pasażerach. Początkowo myślałam, że szukają kogoś znajomego, próbując chyba uspokoić szybko bijące serce. Dopiero po chwili zdałam sobie sprawę, że wprawdzie szukali ale chyba kogokolwiek. Przez chwilę uważnie przyglądali się mojemu bratu, który wtedy miał może jakieś 12 lat. Potem zainteresowali się młodym chłopakiem siedzącym niedaleko nas. Wreszcie przeszli w przednią część tramwaju, gdzie zatrzymali się przy około 27-letnim mężczyźnie. Kazali mu wstać, ten nie reagował. Po chwili wyszarpnięto go z siedzenia i popchnięto na sam przód wagonu. Mężczyzna wyglądał na przerażonego. W tramwaju panowała cisza. Pasażerowie zdawali się być spokojni, zajęci tym, co dzieje się za oknami wagonu, a młodzi mężczyźni zachowywali się nadzwyczaj cicho, praktycznie nie tocząc nawet między sobą rozmów. Jeden z nich uwiesił się poręczy i kopał stojącego mężczyznę, drugi go podtrzymywał, by ten nie upadł, trzeci natomiast z całej siły uderzał w niego sprzączka od pasa. Mężczyzna krwawił, krzyczał, nawet nie miał szans się bronić. Tramwaj jechał sobie spokojnie od przystanku do przystanku a ludzie pozostawali niewzruszeni, jakby nic się nie działo, przeglądali prawdopodobnie po raz setny tę samą gazetę, przyglądali się (mijanym codziennie, tym samym)blokom, samochodom, ulicom. Przerażona patrzyłam na rodziców (notabene wiedząc, że ze względu na zdrowie nie są w stanie sami powstrzymać bandy nastoletnich pseudokibiców). Patrzyłam na nich nie tylko szukając pomocy, ale raczej potwierdzenia, czy oni też widzą to co ja, przez chwilę bowiem widząc brak jakiegokolwiek zainteresowania, baaa, brak jakiejkolwiek, najmniejszej reakcji, zaczęłam się zastanawiać, czy nie mam omamów wzrokowych. W końcu rodzice postanowili zainterweniować. Mama coś tam krzyczała, tata usiłował odsunąć najbardziej agresywnego chłopaka. W tramwaju nadal nikt nie reagował. Ludzie zdawali się nawet nie patrzeć na to co rozgrywało się tuż przed nimi. Młodzi na następnym przystanku wysiedli, przeklinając i wykrzykując nazwę jednego z krakowskich klubów sportowych. Byłam przerażona, na następnym przystanku wysiadaliśmy i naprawdę chciałam, aby nastąpiło to jak najszybciej. Źle czułam się w miejscu pełnym znieczulonych ludzi, obojętnych kompletnie na wszystko. Mężczyzna zapytany, czy dobrze się czuje, czy trzeba wezwać pogotowie, odpowiedział, że wszystko w porządku, po czym wyciągnął policyjną legitymację i powiedział, że młodzi dostaną za swoje. Tata poinformował motorniczego o sytuacji, która przez kilka przystanków toczyła się w jego tramwaju. Poszliśmy do domu. Na szczęście tata poza kilkoma ranami i poplamionymi krwią ubraniami, nie doznał większych obrażeń. Grupa młodych okazała się być głównie tłumkiem gapiów, gdzie tylko dwie osoby były agresywne. Przez resztę wieczoru w głowie przeplatały mi się myśli, których nie mogłam uspokoić. Zastanawiałam się, czy gdyby ten mężczyzna powiedział, że jest policjantem, to dokopaliby mu bardziej, czy przestraszyliby się? Zastanawiałam się skąd w ludziach tyle znieczulicy, przecież to samo mogło się przydarzyć im, ich dzieciom, najbliższym. Jak wtedy czuliby się, gdyby nikt nie zareagował i nikt nie chciał pomóc? Podobne sytuacje mają miejsce na co dzień, w każdym mieście, na każdej ulicy, miejscu pracy. Zazwyczaj obojętnie przechodzimy obok leżącego na ulicy człowieka. „Przecież to nikt znajomy a poza tym pewnie jest pijany" - myślimy sobie, zagłuszając sumienia. A może gdyby był to ktoś sławny, zadalibyśmy sobie trudu i wezwali choć pogotowie? Wtedy przynajmniej zachowaniem godnym postawy obywatelskiej, stalibyśmy się bohaterami narodowymi. Do napisania artykułu nakłoniła mnie sytuacja, która zdarzyła się niedawno w moim miejscu pracy. Pracuję w biznesie, gdzie ludzie przychodzą głównie dla rozrywki, odpocząć, zagrać, spotkać z przyjaciółmi, w miejscu gdzie niestety ludzie popadają w nałóg hazardu - w kasynie. Pewnej sobotniej nocy w kasynie tłum ludzi, głównie zaś dziko bawiącej się, pijanej młodzieży. Przy jednym ze stołów ruletki siedzi mężczyzna, w podeszłym już wieku, tuż obok niego syn, radośnie obstawiający żetony, w pewnym swoistego rodzaju amoku (alkoholowym czy też hazardowym, to nie ma tu w tej chwili znaczenia). W pewnej chwili starszy mężczyzna osuwa się na ziemię, prawdopodobnie zemdlał. Naturalnym odruchem dziecka, czy też kogokolwiek będącego obok, jest rzucenie się człowiekowi na pomoc. Jakże zdziwiłam się, gdy mężczyzna zamiast pomóc ojcu, zajął się rozliczaniem wygranych żetonów z krupierem. I bynajmniej nie dlatego, że nie zauważył, że siedzący obok niego ojciec być może właśnie umiera, leżąc u jego stóp. Przez następne 5 minut ledwo prowadząc grę na swoim stole, przyglądałam się sytuacji. Nad leżącym na ziemi zebrał się tłumek ludzi, trzymających w rękach piwo i drapiących się po głowach, tudzież innych częściach ciała. Po chwili ludzi rozpędzono, a „straż" nad mężczyzną przejęło dwóch menagerów kasyna, trzymających się pod boki i patrzących (na dodatek z nerwowym uśmiechem) na leżącego. Ktoś z klientów w końcu zerwał się by udzielić pierwszej pomocy. Nie wiem kto w końcu wezwał pogotowie. Kiedy przybyli lekarze, w kasynie nadal grała muzyka, część ludzi spoglądała w stronę ofiary, reszta natomiast zajęta była grą. Dopiero ktoś z krupierów zapytał, czy nie wypadałoby zamknąć stołów, wokół leżącego mężczyzny i udzielającego mu pierwszej pomocy lekarzom (którzy w zgiełku i hałasie prawdopodobnie nie mogli się nawet dobrze porozumieć między sobą). Stoły zostały zamknięte i ta część kasyna została odseparowana od ruchu klientów. Ściszono muzykę. Mężczyzna zmarł po prawie godzinnej akcji, prawdopodobnie natychmiastowa reakcja dawała mu dużą szansę przeżycia. Oczywiście postawa menagerów spotkała się z dużą krytyką ze strony pracowników i klientów (w kasynie byli na zmianie, przeszkoleni w celu udzielania pierwszej pomocy pracownicy, jednak znajdowali się na innym piętrze a nikt ich o niczym nie poinformował). Wspólnie z współpracownikami zastanawialiśmy, co by było gdyby ktoś z nas zasłabł? Czy ktokolwiek udzieliłby nam pomocy? Przerażające, ale prawdopodobnie skazani bylibyśmy na śmierć wśród melodii tłuczonych kufli, wykrzykiwanych zakładów i tańców ludzi, którzy jak zwykle nie widzą nic, poza własnym nosem. Tydzień później w kasynie (jakiś dziwny zbieg okoliczności, gdyż przez ostatnie dwa lata nie wydarzyła się żadna z podobnych sytuacji) zasłabł inny mężczyzna. Pomieszanie alkoholu z silnymi przeciwbólowymi środkami stosowanymi po operacji spowodowało groźną mieszankę. Tym razem jednak akcja ratunkowa została przeprowadzona sprawnie i szybko. Mężczyźnie fachowo udzielono pomocy i zapewniono spokój, z dala od tłumu gapiów (oddzielono bowiem akcję ratunkową za reklamowym parawanem). Odetchnęłabym z ulgą myśląc, że może nie jest tak źle, a w potrzebie i mi ktoś udzieli pomocy. Tylko czy za kilka miesięcy znowu nie spotkamy się ze znieczulicą i totalną bezradnością ludzi, którzy pewnie nie kiwną palcem, patrząc na czyjąś śmierć? Statystyki mówią, że około 40 % ludzi nie zainteresuje się krzywdą, którą cierpi obcy im człowiek. Czasami zastanawiam się, dlaczego tak często te 40 % ludzi znajduje się akurat tam gdzie komuś potrzebna jest pomoc? Wszyscy jesteśmy oburzeni podobnymi postawami, ale jak wielu z nas gotowych jest pomóc? Jak wielu z nas nie przechodzi obojętnie obok nieszczęścia? Na przestrzeni lat zmieniają się liczby w statystykach. Ktoś, gdzieś potem opisze heroiczny wyczyn uratowania omdlałego mężczyzny. Jednak sytuacje zdają się ciągle być te same. Znowu dziecko sąsiadów trafiło pobite przez własnych rodziców do szpitala. Czy kiedykolwiek przeszło nam przez myśl, żeby to gdzieś zgłosić? Na ulicy minęliśmy leżącego na ławce mężczyznę. Być może nie był zbyt czysto ubrany, ale czy na pewno leżał tam w poalkoholowym śnie? A może właśnie widziałeś roztrzaskane samochody na ulicy. Czy zatrzymałeś się, by sprawdzić, czy ludzie nie potrzebują pomocy? Sytuacje takie i może bardziej codzienne, przyziemne zdarzają się często nam, bądź znajomym. Liczymy wtedy na czyjąś pomoc. Są wśród nas dobrzy ludzie, którzy nie zawahają się i chętnie zareagują. Coraz częściej jednak jesteśmy świadkami braku podstawowych, ludzkich odruchów udzielenia pomocy, nawet w prozaicznych, prostych sytuacjach. Na cierpienie obcego człowieka, staliśmy się obojętni. Czy jest szansa, żeby to się zmieniło? Czy nauczymy się pomagać, bezinteresownie wyzwalając w sobie resztki zagłuszonego sumienia?